gototopgototop
    
 
     
 
 
 
   
 
     
 
 
Różaniec i mikrofilm Spausdinti El. paštas


Różaniec i mikrofilm

Rozmowa z abp. Sigitasem Tamkevićiusem

 

Abp Sigitas Tamkevićius SJ urodził się 1938 r. nie­daleko Łoździej (Lazdijai), w rolniczej rodzinie. Po ukończeniu szkoły średnie) wstąpił w 1955 r. do Mię-dzydiecezjalnego Seminarium Duchownego w Kow­nie. W 1957 r. musiał przerwać naukę, by odbyć obowiązkową służbę wojskową w Armii Radziec­kiej. Wrócił na studia w seminarium, ukończył je, i w 1962 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Praco­wał jako wikary w kilku miastach w zachodniej Li­twie. W 1968 r. wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Rok później władze sowieckie pozbawiły go prawa pełnienia funkcji kapłańskich w odwecie za akcję podjętą w obronie niezależności działania semina­rium. Nie mógł oficjalnie pracować jako duchowny w żadnej parafii, podjął więc pracę w fabryce i przy robotach melioracyjnych. Po odzyskaniu uprawnień do pracy duszpasterskiej, w latach 1975-1983 penił funkcję proboszcza w mieście Kybartai. Był założy­cielem i - do aresztowania w 1983 r. - głównym re­daktorem „Kroniki Kościoła Katolickiego na Litwie". Zainicjował ruch niezależnych księży - zalążek opo­zycji wobec prześladowania Kościoła na Litwie przez władzę sowiecką. W 1978 r. brał udział w założeniu Katolickiego Komitetu na rzecz Obrony Praw Wie­rzących, w którym potem aktywnie działał. W 1983 r. został aresztowany, oskarżony o antysowiecką agita­cję, osądzony i skazany na 10 lat pozbawienia wolno­ści. Pięć lat spędził w łagrach, po czym został zesłany. W 1988 r., na fali pierestrojki, władze pozwoliły mu wrócić z zesłania. W maju 1991 r. otrzymał sakrę bi­skupią i został biskupem pomocniczym archidiecezji kowieńskiej, a pięć lat później - jej arcybiskupem metropolitą. Inicjował aktywne poparcie Kościoła na rzecz przystąpienia Litwy do Unii Europejskiej. We wrześniu 2005 r. po raz drugi został wybrany na przewodniczącego Konferencji Episkopatu Litwy.

-      Historycy wspominają o kręgach niezależnych księży, działających na Litwie od lat 50. XX w. Czy idea powsta­nia „Kroniki" nie narodziła się też w tych kręgach?

-      Kręgi te były rzeczywiście bardzo ważnym doświad­czeniem pracy nad sobą i duchowego oporu wobec zła. Początek tej działalności dał ks. Masilionis, jezuita. Był rok 1956, uczyłem się wtedy w seminarium. Wówczas po­wstał wśród kleryków taki podziemny krąg. Nasza dzia­łalność miała dwa główne cele: pierwszym było jak naj­lepsze przygotowanie się do kapłaństwa, drugim - praca nad własnym charakterem i sprzeciw wobec materiali­zmu. Był to więc krąg zorientowany na sprawy duchowe, nie było tam żadnych elementów politycznych.

Gdy skończyłem seminarium, miałem znajomych księ­ży w różnych diecezjach, którzy należeli do tego kręgu. Nie spotykaliśmy się już tak często, ale pozostało przeko­nanie, że powinniśmy sobie wzajemnie pomagać. W tam­tych czasach było to bardzo ważne.

Pod koniec lat 60. funkcjonowały dwa kręgi: jeden obejmował księży z różnych diecezji, a drugi - tylko z mojej diecezji. Pomysł zbierania materiałów o prześlado­waniach Kościoła był rozważany w każdym z nich. Oko­ło 1970 r. ks. Pranas Raćiūnas, marianin, poddał myśl, by zbierać materiały o wszystkim, co się dzieje, aby przeka­zać to potomnym. Pomysł bardzo mi się spodobał i - idąc krok dalej - w gronie znajomych księży zaczęliśmy się za­stanawiać nad formą wydawania tych materiałów.

W 1972 r. przygotowałem na próbę jeden numer - nie­zupełnie podobny do „Kroniki" w jej ostatecznym kształ­cie - i pojechałem z nim na konsultację do bp. Sladkevićiu-sa, który wówczas przebywał na przymusowym zesłaniu w Nemunėlio Radviliśkis. Pamiętam, że na jego biurku leżała wówczas jakaś polska gazeta, mająca w tytule słowo „kronika". Po przeczytaniu mojego tekstu, biskup stwier­dził, że podoba mu się to polskie czasopismo, gdyż krótko opisuje zdarzenie, po czym je komentuje. „Czy księdza pi­smo nie mogło by być podobne?" - zapytał.

- A Księdza koncepcja była inna?

- Miało to być pismo bardziej publicystyczne, czasa­mi z odrobiną sarkazmu. Ale spodobał mi się pomysł bp. Sladkevićiusa. Po spotkaniu z nim pojechałem do swoje­go prowincjała, ks. Jonasa Danyly, i opowiedziałem mu o swoim planie. Zapytał wtenczas: „Ale skąd ty weźmiesz materiał na dalsze numery?". Odpowiedziałem mu, że najwyżej numery będą się ukazywały rzadziej niż prze­widywaliśmy, a jeżeli w ogóle nie będzie materiału - no to chwała Bogu. Dał mi pozwolenie. Wówczas razem z Petrasem Plumpą-Pluirą przygotowaliśmy pierwszy nu­mer w takiej formie, w jakiej się ukazał w 1972 r.

Od tego czasu on wiedział, że ja wydaję „Kronikę", ale nigdy w jego pokoju nie rozmawialiśmy o tym podejrze­wając, że może tam być podsłuch. Generalnie, gdy trzeba było omówić jakieś tematy dotyczące pisma, pisaliśmy so­bie na kartkach, co mamy do powiedzenia, a nie mówili­śmy tego głośno.

- „Kronika" była dokumentacją historii pisaną z myślą o potomnych. A czy nie wydawało się Księdzu, że robiąc

„Kronikę", można mieć także wpływ na historię? Czy też ta myśl pojawiła się dopiero później?

- Na początku nie było takiej myśli. Pierwszym na­szym zamysłem była walka o jawność, która była nam potrzebna jak życie. Wiedzieliśmy dobrze, że jeśli tego, co dzieje się z nami na Litwie, nikt na świecie nie będzie znał - będzie oznaczać to dla nas śmierć. Jeśli chodzi o wpływ „Kroniki" na rozwój wydarzeń, to nie mogliśmy nawet wyobrazić sobie, że będzie się ukazywała tak długo

i spotka się z takim rezonansem. Sam myślałem, że pra­ca potrwa rok, może dwa, najwyżej trzy - jeśli Pan Bóg pozwoli. Miałem przecież przykłady z Moskwy, gdzie po roku czy dwóch KGB likwidowało podziemne gazety. Tak było np. z „Kroniką Wypadków Bieżących", która wielo­krotnie przestawała się ukazywać, bo aresztowano redak­cję. Wiedząc o tym, nie spodziewałem się, że nasze pismo będzie wychodzić tyle lat i będzie tak szeroko znane.

W 1972 r., gdy zaczęliśmy wydawać „Kronikę", prze­kazanie jej na Zachód było bardzo trudne. Od początku nawiązaliśmy kontakt z rosyjskimi dysydentami - Ko-waliowem i innymi. Ci uczciwi i odważni ludzie bardzo nam pomagali. Przekazywałem im gotowy numer - po litewsku. Prosili o dwa egzemplarze. Jeden służył za podstawę do tłumaczenia części materiału na rosyjski celem zamieszczenia w „Kronice Wypadków Bieżących". Drugi był przekazywany na Zachód przez koresponden­tów zagranicznych czy pracowników ambasad. Po ja­kimś miesiącu czy dwóch orientowaliśmy się, że numer dotarł na Zachód. To potwierdzało, że kanał funkcjonu­je dobrze.

W następnych latach zaczęło przyjeżdżać więcej tury­stów. Wpuszczano ich tylko do Wilna i do Kowna, ewen­tualnie do Trok - ale nie na prowincję. Można się było z nimi skontaktować w hotelu. Łowiliśmy takie okazje, aby przekazać materiał. Ale wiedziałem, że turyście nie mogę dać maszynopisu „Kroniki", tak jak przyjaciołom w Moskwie. Mogli mieć przecież rewizję bagażu. Wów­czas pojawiła się myśl, by robić kopie na mikrofilmach.

- „Zenitem" Księdza Biskupa...

- Tak. Ten aparat rzeczywiście bardzo dobrze mi słu­żył. A zdjęcia nauczyłem się robić służąc w sowieckiej armii.

Wracając do turystów, oczywiście nie każdemu moż­na było ufać. Pełnym zaufaniem obdarzaliśmy z miejsca zagranicznych księży i siostry zakonne. W końcu komuś trzeba było wierzyć, nie było innego wyjścia. Chowaliśmy wówczas „Kronikę" w postaci mikrofilmu w jakimś pre­zencie, o którego przewiezienie prosiliśmy, mówiąc oczy­wiście co jest wewnątrz. Większość chciała nam pomóc i godziła się przewozić materiał. Lecz niektórzy z nich -do tej pory nie mogę zrozumieć dlaczego - przyjechaw­szy z wolnego świata, bardziej bali się komunistycznego ustroju niż my, którzy w nim żyliśmy.

Przypominam sobie tylko jedną smutną sytuację. Po­jechałem na motocyklu do Wilna, do pewnego księdza, który właśnie przyjechał z zagranicy. Miałem przygoto­wany dla niego „prezent" - lalkę ze schowanym w środku mikrofilmem. Mówię mu: „Mam taki materiał, dobrze by było przekazać go na Zachód". A on mi na to: „Tak, my to wszystko wiemy, ale nie trzeba tego robić". Sięgnął do kie­szeni, wyjął paczkę papierosów i mówi: „O, proszę, to dla księdza, amerykańskie papierosy". Ja, jak na złość, byłem niepalący. Cóż - myślę sobie - widać, że człowiek się boi, nie będę nastawać. Ale to był wyjątkowy przypadek.

Czasami pewne trudności napotykaliśmy też po na­szej stronie. Mam u siebie wspomnienia jednej siostry, która wiele razy przekazywała materiał, również w tym czasie, gdy ja siedziałem w obozie. Jedyne trudności, z ja­kimi się spotykała, były ze strony jej kongregacji - innych sióstr, które albo się bały, albo troszkę jej niedowierzały i stwarzały najróżniejsze przeszkody, by tylko nie spotka­ła się z siostrami przyjeżdżającymi z Ameryki.

-       „Kronika" opisywała liczne sytuacje prześladowa­nia dzieci w szkołach, z podaniem ich imion i nazwisk. Jak do was docierały takie informacje i jak staraliście się je sprawdzać? Mogły się przecież zdarzać pomyłki albo prowokacje...

-       Cały materiał był zbierany za pośrednictwem przy­jaciół lub ludzi, do których miałem pełne zaufanie. Nigdy nie brałem materiału od nieznajomych. Miałem np. takie zdarzenie. Przyjechała do mnie pewna kobieta i powie­działa: „Mam materiał na cały numer »Kroniki«, trzeba tylko wpisać kolejny numer i można drukować". I poda­je mi jakiś tekst. Przekartkowałem - rzeczywiście był to przygotowany w maszynopisie prawie cały numer. Odda­ję jej i mówię: „Interesujący materiał, ale nie wiem, komu przekazać". Ona na to: „Rozumiem, ksiądz mi nie ufa".

Już wówczas domyśliłem się, że to wielka prowoka­cja, ale nie miałem pewności. Po odzyskaniu niepodle­głości przeczytaliśmy w archiwach KGB, że rzeczywiście taka próba prowokacji miała miejsce. Aby uniknąć tego typu sytuacji, zawsze brałem materiał od moich przyja­ciół - sióstr i księży. Oni z kolei brali materiał od tych, do których mieli pełne zaufanie. Jestem przekonany, że byli to wszystko ludzie sumienia, którzy nie mogli mó­wić nieprawdy. Mimo to, kilka razy dostawałem materiał, co do którego miałem wątpliwości. Nie dawałem go wów­czas do „Kroniki". Bo jak to sprawdzić?

Przez całe 18 lat działalności „Kroniki", KGB chciało nas skompromitować, znaleźć przykłady rozminięcia się z prawdą. Ale jedyne przykłady niezgodności z rzeczy­wistością jakie znaleźli, to była np. zamiana „o" na „a" w pisowni nazwiska. Wówczas pojawiała się informacja w komunistycznej gazecie, że takiej nauczycielki w danej szkole nie ma. Ale takie przypadki były dla nas wskazów­ką, że nasz materiał jest prawdziwy. Przygotowując nu­mer, przepisywaliśmy go z reguły dwa razy na maszynie, przez kalkę, dzięki czemu mieliśmy 16 czy 18 kopii. Prze­kazywaliśmy je przyjaciołom, a dwa egzemplarze - jak wspomniałem - zawoziliśmy do Moskwy. Sporządzali­śmy też mikrofilm. Dalej nie interesowałem się już, kto przepisuje „Kronikę" i ile jest takich osób. Na każdym egzemplarzu było napisane: „Przeczytaj i daj następnemu, jeśli możesz - przepisz". Czasami zdarzała się możliwość odbicia, powiedzmy, stu egzemplarzy na powielaczu, ale większość numerów była przepisywana jeden czy dwa razy, dalej już - jak Bóg da.

Dość szybko doszliśmy do wniosku, że nie jest aż tak ważne, by po Litwie krążyło wiele kopii. Coraz więcej osób wpadało i było sądzonych za przepisywanie „Kroniki". Ryzyko było coraz większe. Gdy więc Radio Watykańskie zaczęło nadawać informacje z naszego pisma, stwierdzili­śmy, że nie ma sensu ryzykować, skoro wszyscy chętni na Litwie mogą wysłuchać tych wiadomości.

System przekazu wiadomości utrwalił się mniej więcej w 1976 r. Gdzieś po miesiącu czy półtora od momentu wy­słania z Litwy, Radio Watykańskie podawało informację, że do redakcji dotarł np. 25. numer „Kroniki". Po jakimś czasie czytano treść tego numeru na antenie, nie powo­łując się bezpośrednio na „Kronikę", ale na emigracyjne pisma litewskie, np. na wydawany w Chicago „Draugas". Przedrukowywały one materiał „Kroniki", a radio go przekazywało.

-       Ilu było współpracowników „Kroniki"?

-       Tych, którzy wiedzieli, że jestem głównym redakto­rem, było około pięciu. Następnie byli ci, którym nie mó­wiłem, że się tym zajmuję, ale oni z pewnością domyślali się tego. Mówiłem im, że jeśli będą mieli jakiś materiał, to niech mi dadzą, a ja wiem komu przekazać. Ta grupa obejmowała około 15 osób.

Starałem się, by jak najmniej ludzi wiedziało, kto jest redaktorem. Zdawałem sobie sprawę, że jeśli się to roz­niesie, KGB też się dowie. A ja oczywiście nie chciałem pójść do więzienia, mimo że byłem pewien, iż wcześniej czy później to się zdarzy.

Obecnie znajdujemy w archiwach KGB dokumenty sporządzone na podstawie podsłuchów. Wynika z nich, że niektórzy porządni ludzie, którzy domyślali się, że ja redaguję „Kronikę", mówili o tym głośno u siebie w domu. W archiwach, od mniej więcej 1975 r., są materiały świad­czące o tym, że księża Tamkevićius, Zdebskis i Svarinskas są głównymi inspiratorami „Kroniki". KGB nie miało co do tego pewności, ale się domyślało.

-       W takim razie, dlaczego tak długo zwlekali z areszto­waniem Księdza Biskupa?

-       Brak im było niepodważalnych dowodów. Pierw­szy raz zrobili rewizję, gdy pracowałem na wsi, niedale­ko Alitusa. Niczego nie znaleźli poza dwoma numerami „Kroniki". Na pytanie: „Skąd to masz?" odpowiedziałem: „Znalazłem na ławce pod kościołem. Zapewne ktoś chciał, żebym to przeczytał. Szkoda, że znaleźliście, zanim zdą­żyłem".

Potem zrobili drugą rewizję i też nie znaleźli materia­łów. Bo znaleźć egzemplarz „Kroniki", to co innego niż znaleźć materiał. Żeby mnie oskarżyć, powinni znaleźć materiał napisany czyjąś ręką, czy też maszynopis z od­ręcznymi poprawkami, wskazujący na fakt, że pracowa­łem nad numerem. A takiego materiału dowodowego nigdy nie znaleźli. Żeby aresztować i wytoczyć sprawę, potrzebowali dowodów. Materiały operacyjne - podsłu­chane rozmowy, donosy agentów - to jedno, ale nie mogą się nimi posłużyć przed sądem. Tam potrzebny jest mate­riał dowodowy. Albo uzyskany w czasie rewizji, albo rela­cja świadków, którzy widzieli jak pracowałem nad „Kro­niką". Takiego materiału nie mieli.

Ułatwiliśmy im zadanie, gdy w 1978 r. założyliśmy Katolicki Komitet Obrony Praw Ludzi Wierzących. Zro­biliśmy to z dwóch powodów. Po pierwsze, przyjaciele z Moskwy - Jakunin, Dudko, Kapitanczuk i inni - któ­rzy założyli Chrześcijański Komitet Obrony Praw Wie­rzących, namawiali nas, byśmy się do nich przyłączyli. Ale my postanowiliśmy założyć na Litwie swój komitet. Po drugie - i to była główna przyczyna - KGB zaczęło na Litwie i na Zachodzie szerzyć propagandę, iż „Kronika" zawiera nieprawdę, a jej informacje są anonimowe i nie wiadomo przez kogo redagowane. Dotarły do nas głosy, że na Zachodzie ludzie zaczęli się zastanawiać, kto wła­ściwie drukuje „Kronikę" i czy to na pewno prawda, co tam piszą. W związku z tym stwierdziliśmy, że niektóre podawane przez nas fakty powinny znaleźć się w oficjal­nych dokumentach Katolickiego Komitetu, które osobi­ście podpiszemy. Tak też się stało.

KGB posłużyło się tymi materiałami w procesie. Gdy mnie aresztowali, nie mieli dowodu na to, że byłem re­daktorem. Wiedzieli tylko, że niektóre związane ze mną zdarzenia znajdują się w „Kronice". Na tej podstawie twierdzili, że to ja napisałem. A ja pytałem niewinnie: „A dlaczego ja? Przecież wiele osób wiedziało o tych zdarzeniach". Natomiast dokumenty Komitetu trakto­wali już bezpośrednio jako nasze przestępstwa. Dlatego 52 dokumenty Komitetu były główną podstawą oskar­żenia o szerzenie propagandy w celu obalenia władzy radzieckiej.

-      „Kronika" odznacza się bardzo dobrym poziomem redakcyjnym, język jest prosty, klarowny. Kto dokonywał końcowej redakcji tekstów?

-      Z początku pomagał mi w tym ks. Kazimieras Am-brasas, który był lituanistą. Obawiałem się jednak zbyt długo go wykorzystywać, bo było to niebezpieczne. Mu­siałem do niego daleko jechać, żeby zawieźć cały mate­riał, po jakimś czasie go odebrać, zawieźć samochodem do siebie, a następnie wydrukować. Było sto możliwości, żeby mnie zgarnąć i to z całym opracowywanym odręcz­nie materiałem. Wówczas przyszła mi z pomocą s. Elena Śuliauskaitė mieszkająca w Wilnie. Ona również znała się dobrze na redagowaniu i była moim głównym pomoc­nikiem. Ja przeglądałem cały materiał, po czym dawa­łem jej, żeby opracowała go jak najlepiej pod względem językowym.

-      W „Kronice" są przykłady dobrej argumentacji praw­nej, np. w listach rodziców powołujących się na prawa wie­rzących, czy też w mowie obrończej ks. Liesisa i w innych. Czemu zawdzięczali tę znajomość, czy wśród współpra­cowników „Kroniki" byli jacyś prawnicy?

-      Byli to po prostu ludzie wykształceni. Z pewnością sami czytali i interesowali się literaturą prawniczą. Być może któryś z księży miał jakiegoś znajomego prawnika, czy też miał wykształcenie prawne, ale jestem przekonany, że nikt nie konsultował się z oficjalnym prawnikiem.

-      Czyli na Litwie nie było jeszcze wówczas niezależnych adwokatów, broniących w procesach politycznych?

-   Niestety, nasza inteligencja wszystkiego się bała i ludzi odważnych nie było tak wielu. W latach 70. XX w., spośród prawników, nie znałem nikogo takiego.

Sami czytaliśmy wszystkie przepisy i instrukcje, mie­liśmy łączność z Moskwą, tam pośród dysydentów byli ludzie doświadczeni i rozumni, choćby właśnie Gleb Ja-kunin i inni. Czasami więc u nich zasięgaliśmy rady. To, co było dla nas konieczne, to znajomość prawodawstwa sowieckiego i umów helsińskich - dzięki czemu znaliśmy wszystkie możliwości oficjalnego wywierania nacisku na władzę i domagania się przestrzegania prawa.

-      Czy decyzja o wydaniu danego numeru należała tyl­ko do Księdza Biskupa?

-      Tak. Najczęściej ja decydowałem o wszystkim i mia­łem ostatnie słowo. Bywały jednak sytuacje, w których chciałem zasięgnąć rady Na przykład gdy rektor semi­narium publikował na Zachodzie kłamliwe artykuły o położeniu Kościoła na Litwie sowieckiej. Czy też, gdy administrator diecezji wileńskiej publikował w gazecie komunistycznej w USA artykuł, w którym udowadniał, że u nas wszystko jest w porządku, Kościół cieszy się swobodą itd. W takich sytuacjach potrzebowałem kon­sultacji.

Byliśmy zgodni, że należy mówić wprost, iż to nie­prawda. Ale jednocześnie rozumieliśmy, że piszemy nie o jakimś kołchoźniku, a o swoim przełożonym, kierują­cym diecezją. Co pisać, a czego nie - w tych przypadkach niekiedy zasięgałem rady, by nie przekroczyć granicy, której przekraczać się nie powinno.

Zdarzało się, że w takich sytuacjach jechaliśmy do bp. Julijonasa Steponavićiusa. Również wśród jezuitów byli księża, z którymi dobrze się znałem i prosiłem ich o radę.

4 Biskupi musieli natomiast podpisywać i ogłaszać „listy pasterskie" napisane przez władze.

-      A kto jest autorem syntetycznych artykułów wstęp­nych, na początku niektórych numerów?

-      Część jest mojego autorstwa, inne zostały napisane przez moich przyjaciół. Czasami je redagowałem, zmie­niałem nieco niektóre fragmenty, które wydawały mi się zbyt radykalne. Zależało mi na tym, by nie przesadzać w dramaturgii, nawet gdy piszemy o naszych prześladow­cach, by nie oskarżać ich bardziej niż to konieczne. Gdy czułem, że tak się dzieje, „zmiękczałem" nieco ton tych wypowiedzi. Gdy dziś czytam niektóre fragmenty, wyda­je mi się, że w pewnych przypadkach mogłem coś jeszcze delikatniej powiedzieć.

-      Przypominam sobie reakcję „Kroniki" na list, który biskupi napisali pod naciskiem komunistycznych władz, po memorandum z 1972 r. Były tam bardzo twarde sfor­mułowania: „List ten nieodwołalnie kompromituje samych ordynariuszy" itd...

-      Patrząc z dzisiejszej perspektywy, myślę, że dobrze, iż wówczas napisałem to w „Kronice". Położenie było rzeczywiście bardzo trudne. Jak bardzo trudne, możemy ocenić dopiero teraz, gdy znaleziono w archiwach KGB nakaz wydany wszystkim administratorom diecezji, by nie podpisywali żadnych dokumentów skierowanych do wiernych, ani ich nie rozpowszechniali4. Oznacza to, że tzw. list pasterski wcale nie wyszedł spod pióra biskupów, lecz został im napisany przez odpowiednie organy. Gdy przysłano go nam, z nakazem odczytania w kościołach, wówczas około 10 księży diecezji wiłkowyskiej zebrało się i radziło, co robić. Prawie wszyscy uważali, że nie po­winno się go czytać. Ale byli też tacy, którzy się wahali.

A jeden z nas stwierdził: „Mimo wszystko napisał to bi­skup, jakże tego nie przeczytać!". Teraz w archiwum znaj­duje się notatka, z której wynika, że pośród nas był agent, który przekazał dokładne informacje z owego spotkania. Podówczas napisałem krótkie oświadczenie z podaniem powodu, dla którego nie należy tego listu czytać. Wysła­łem je do wszystkich księży diecezji wiłkowyskiej. Wielu z nich odmówiło jego przeczytania.

Nasze rozumowanie było następujące: jeśli ten numer przejdzie, jeśli biskupi i wszyscy księża przeczytają list napisany pod przymusem KGB, wówczas komunistyczna władza będzie kontynuowała naciski. Również dziś myślę, że trzeba było właśnie tak postąpić.

-      Znalazłam w „Kronice" fragmenty, w których - bez ujawniania nazwisk - pisze się o księżach lub semina­rzystach postępujących niegodziwie. A w swoich wspo­mnieniach Ksiądz Biskup mówi, że zastanawiał się, czy powinno się pisać o księżach, którzy w sposób oczywisty współpracują z KGB. To był z pewnością bardzo trudny problem. Może Ksiądz Biskup powiedzieć, jak podejmował decyzje w tej sprawie?

-      Tak, był jeden szczególnie smutny przypadek w se­minarium. Ten człowiek, niestety, został później księdzem w archidiecezji wileńskiej. W seminarium nie podejrze­waliśmy, że jest zwerbowany. Postępował tak niemoralnie, że rektor postanowił go relegować. A rektora KGB zmu­szało, by tego człowieka zatrzymać w seminarium. Gdy dostałem tę informację, zastanawiałem się, czy umieścić ją w „Kronice". Zasięgałem rady w tej sprawie. Zdecydo­waliśmy, że trzeba o tym napisać. Bo jeśli takich przypad­ków byłoby więcej, to seminarium stałoby się... jeden Pan Bóg wie, czym.

W „Kronice" nie mogliśmy wprost napisać, że dany ksiądz jest agentem, bo nie mieliśmy na to dowodów. Cza­sami domyślaliśmy się tego, ale nie mieliśmy przecież do­kumentu z jego podpisem, gdzie wyraża zgodę na współ­pracę.

-      Myśmy już trochę zapomnieli o czasach, gdy trzeba było uważać, komu ile można powiedzieć, do kogo mieć zaufanie całkowite, a do kogo ograniczone, co można mó­wić prywatnie, a co publicznie, np. podczas kazania. Czy Ksiądz Biskup mógłby powiedzieć, jak żyło się w takich właśnie warunkach?

-      Dla mnie było całkowicie jasne, z kim mogę rozma­wiać otwarcie. Nigdy przez myśl mi nawet nie przeszło, by ksiądz, z którym rozmawiam, mógł być agentem. Nie miałem takich podejrzeń. O „Kronice" rozmawiałem z tymi, którym ufałem jak sobie samemu. Jeśli coś do­tyczyło nie „Kroniki", a np. prześladowania Kościoła na Litwie, to na ten temat rozmawiałem nie tylko z najbliż­szymi współpracownikami, a praktycznie ze wszystkimi. O tym mówiłem w sposób otwarty w kazaniach. Dlatego też teksty moich homilii posłużyły KGB do wysunięcia zarzutu o agitację i propagandę antysowiecką.

Oczywiście, jeśli chodzi o kręgi dyskusyjne księży opozycjonistów, o nich również nikomu nie mówiliśmy. Wiedzieli o nich tylko uczestnicy.

Tak więc o ogólnie znanych faktach prześladowań, co do których należało przemyśleć metody sprzeciwu, rozmawialiśmy - zarówno ja, jak i moi przyjaciele księ­ża - w sposób otwarty. Uważaliśmy nawet, że trzeba o tym rozmawiać w sposób otwarty, by wspierać się wzajemnie. Sądziliśmy, że im głośniej i więcej będzie się o tym mówi­ło na Zachodzie, tym mniej będą nas uciskać w kraju.

- Ks. Aliulis napisał, że są ludzie odważni, np. Sigitas. Gdy go wzywają do KGB, kładzie wezwanie na stół, śpi dobrze całą noc, potem bierze pismo i idzie. Czy Ksiądz Biskup rzeczywiście się nie bał?

-      To nieprawda, że się w ogóle nie bałem.

-      A czego Ksiądz się bał?

- Po pierwsze, gdy dostawałem wezwanie na przesłu­chanie do KGB, to nie spałem tak dobrze, jak o tym pi­sze Aliulis. Budziłem się kilka razy, byłem zdenerwowany. Przecież nie wiesz, o co będą cię pytali, jakie mają mate­riały itd. Poza tym, nie wiem, jak żelazne trzeba by mieć nerwy, żeby się nie przejmować, jeśli wiadomo, że u tego była rewizja, ten był przesłuchiwany, a tego aresztowali i skazali na 6 lat. Czuło się zagrożenie.

Ale z drugiej strony - przecież rozumiesz: ktoś to po­winien robić. Oczywiście, jeśli strach byłby tak silny, by mnie obezwładniał, to byłoby bardzo źle. Więc strach był, ale nie na tyle silny, żeby przeszkadzał żyć i pracować. Zmuszał jedynie do myślenia, jak zrobić lepiej, jak unik­nąć aresztowania.

Przypominam sobie, że w tamtych czasach, gdziekol­wiek się znalazłem, zdarzało mi się myśleć: „O, to by było znakomite miejsce na ukrycie materiału". Czy też gdy znalazłem już miejsce, stwierdzałem nagle: „Nie, to mi się nie podoba, mogą znaleźć". Tak więc główka ciągle pracowała.

Bardzo żałuję, że nie zachowało się archiwum z ręko­pisami, które mi przysyłano. Miałem skrytki, w których umieszczałem te zapiski na dzień, dwa, zanim ich nie przepisałem. Jak tylko przepisałem, od razu oryginały lą­dowały w piecu. Bałem się, żeby podczas rewizji nie zna­leźli tego u mnie. Gdyby tak się stało, ich autorzy mieliby przeze mnie wielkie kłopoty

-      Czy nie pojawiała się czasami u Księdza myśl: „Kim bardziej jestem, księdzem czy podpolnikiem5"? Skoro tyle czasu spędzał Ksiądz Biskup, obmyślając sposoby podziem­nej roboty, czy starczało czasu na pracę duszpasterską?

-      Kiedy zacząłem redagować „Kronikę", byłem wi­karym niespecjalnie przeciążonym pracą. Msza święta, jedno czy dwa kazania niedzielne, odwiedziny u chorych. Religii w szkole przecież nie było - wszystkim tym, czym księża się teraz zajmują, nie można się było zajmować. Tak więc miałem dość dużo czasu wolnego, robiąc może nawet nieco więcej niż inni. W każdą sobotę jechałem do Kowna, gdzie zbierali się studenci - dawałem im rekolek­cje, głosiłem konferencje.

Mój proboszcz był nieco bojaźliwy, ale nie pytał mnie o nic. Z początku miał wątpliwości, zastanawiał się, gdzie też jego wikary jeździ w każdą sobotę. Ale każdej niedzieli punktualnie o 10.00 rano byłem przy ołtarzu. Potem, gdy poznaliśmy się lepiej, wiedział już, że nie jeżdżę na żad­ne miłosne schadzki. Oszczędzałem mojego proboszcza. Gdybym mu powiedział, co robię, dopiero miałby kłopoty ze snem. Gospodyni też nie wiedziała.

W tej parafii pracowałem od 1970 do 1975 r. Miałem wtedy dość dużo czasu, ale brakowało mi dobrych warun­ków do pracy konspiracyjnej - miałem tylko jeden pokój.

Co do pracy duszpasterskiej, to myślę, że nie ucierpia­ła ona z powodu innych moich zajęć. Odwiedzałem np. regularnie wszystkich chorych w mojej parafii, spowiada­łem, udzielałem Komunii świętej.

5 Podpolnik (ros.) - konspirator, działacz podziemia; także kapłan, który ukończył konspiracyjne seminarium duchowne i został wyświęcony w pod­ziemiu (podpoliu).

W 1975 r. wezwał mnie biskup i powiedział: „Przy­szło polecenie, żeby mianować ciebie proboszczem, abyś miał dużo pracy. Bo w przeciwnym razie - zamierzają cię wsadzić do ciupy". I w ciągu tygodnia dostałem nomina­cję na proboszcza w dwóch dużych parafiach: Kybartai i Virbalis. Pomyślałem: „No to koniec". Pojechałem, obej­rzałem teren i napisałem do biskupa, że to niemożliwe, by jeden ksiądz obsłużył te dwie parafie. Zgadzam się na Ky­bartai, ale Virbalis już nie zdołam. I biskup się zgodził.

W Kybartai dużo pracowałem. Musiałem tam każde­go roku robić remonty, odwiedzałem chorych tak jak po­przednio.

6 Miasteczko Kybartai leży kilkanaście kilometrów od granicy obwodu kali­ningradzkiego.

A praca przy „Kronice" szła swoim rytmem. Może też moi pomocnicy więcej mi pomagali, chociaż cały materiał i tak przechodził przez moje ręce. Były tylko pewne kom­plikacje, gdy trzeba było jechać do Moskwy. Trudno było zostawić parafię na kilka dni. W tamtych czasach byli już na szczęście księża wyświęceni po kursach w seminarium podziemnym. Gdy musiałem wyjechać do Moskwy, pro­siłem ich o zastępstwo. I to bardzo dobrze działało. A żeby nie ciągnąć za sobą „ogona" do Moskwy, z reguły robiłem tak: Ubierałem się, jakbym wychodził odwiedzić chorego, w sutannę i komżę, stułę na wierzch... Naprzeciwko ko­ścioła była poczta, której naczelnik, jak wszyscy mówili, pracował dla KGB. Sądzę, że rzeczywiście tak było. Wy­chodziłem więc z zakrystii na dwór, na oczach wszystkich zapinałem palto, wsiadałem do samochodu i zakrystian wiózł mnie do obwodu kaliningradzkiego6. Tam przejeż­dżałem przez granicę, przebierałem się. Następnie w Gu-siewie czy na innej stacji, gdzie zatrzymywał się pociąg do Moskwy, ładowałem się do przedziału i przesypiałem całą drogę przez Litwę. Na taką wyprawę potrzebowałem kilka dni. Jeden dzień do Moskwy, dokąd przyjeżdżałem o 6.00 rano. Tam już było wyznaczone miejsce spotka­nia z moskiewskimi dysydentami. Ze dwie godziny roz­mawialiśmy, dawałem im „Kronikę", oni wręczali mi w zamian „Archipelag Gułag" czy coś innego. Wieczo­rem, około 17.00, wsiadałem do pociągu i rankiem na­stępnego dnia byłem w Wilnie. W ciągu trzech dni za-łatwiaem sprawę. Jestem przekonany, że nie udało im się mnie śledzić ani razu. Gdyby mnie śledzili, to mieli by materiał, który by wykorzystali przeciwko mnie podczas śledztwa. Chociaż oczywiście wiedzieli, że na kilka dni gdzieś przepadam.

7 W zachowanych do dziś archiwaliach KGB znajdują się skonfiskowane jego zapiski, gdzie jednym zdaniem wyjaśnił on motyw samobójstwa: „Za śmierć moją wińcie tylko ustrój". Reakcją młodzieży kowieńskiej na to wydarzenie były wiece i demonstracje w Kownie, podczas których otwarcie domagano się wolności i niepodległości dla Litwy. Przez kilka dni, mimo aresztowań i użycia siły, milicja nie mogła sobie poradzić z demonstracjami, do akcji wkroczyć musiało wojsko. Po samobójczej śmierci Kalanty władze zorgani­zowały ogromną akcję propagandową, mającą zdyskredytować demonstran­tów, samobójstwo zaś przedstawić jako wynik jego choroby psychicznej, po­zbawiony motywów politycznych.

-      Z początku „Kronika" zajmowała się obroną praw ka­tolików na Litwie. Jednak z czasem obszar zainteresowania poszerzył się i objął obronę praw ludzi wierzących w całym byłym Związku Radzieckim. A zarazem - pojawił się też wątek obrony praw narodu litewskiego i wartości narodo­wych. Jak odbywała się ta ewolucja?

-      Z początku, gdy ukazał się pierwszy numer, bardzo uważnie unikaliśmy spraw narodowych. 14 maja 1972 r. w Kownie dokonał samospalenia Romas Kalanta7. O tym zdarzeniu napisałem krótką informację, mimo że było bardzo dużo materiałów. Podaliśmy tylko, że takie zda­rzenie miało miejsce, a w czasie demonstracji pojawiły się symbole religijne. Moi przyjaciele w większości uważali, że lepiej ograniczyć się do spraw Kościoła. Niektórzy uwa­żali też, że jeśli pojawią się w „Kronice" tematy narodowe, wówczas KGB będzie silniej nas prześladowało.

Ale bardzo szybko nasi dysydenci, m.in. Antanas Ter-leckas, zaczęli ostro krytykować „Kronikę". Pojawił się list 17 inteligentów, którzy zarzucali nam, że pismo interesuje się tylko Kościołem, a nie zauważa narodu. Jest prawdą, że my zajmowaliśmy się sprawami Kościoła, a katolicy na Litwie upominali się również o prawa narodu. Tak więc z czasem pozwoliłem sobie publikować materiały nie tyl­ko o czysto religijnym charakterze. Ale z drugiej strony, osobiście nie bardzo mi się to podobało i postanowiliśmy wydawać równolegle do „Kroniki" inne pismo, traktujące o problemach rusyfikacji, o bardziej narodowym profilu.

Wymieniony już ks. Račiūnas wpadł na pomysł wzno­wienia pisma „Auśra" („Jutrzenka"), które wychodziło przed I wojną światową i poświęcone było sprawom na­rodowym. Podchwyciłem ten pomysł i gdzieś w 1974 r. wyszedł pierwszy numer „Auśry"8. Wydawaniem pisma, na moją prośbę, zaczął się zajmować mój dobry przyjaciel z czasów seminarium Lionginas Kunevićius. Robił to aż do 1989 r., a ja mu pomagałem. Cały materiał najczęściej przechodził przeze mnie i ja dokonywałem wyboru: część tekstów zatrzymywałem dla „Kroniki", a pozostałe odda­wałem Kunevićiusowi. Z czasem pojawiły się także inne pisma i nikt już nie krytykował „Kroniki" za to, że nie zajmuje się obroną praw narodu.

8 Auśra - jutrzenka, zorza.

-      Celem „Kroniki" było m.in. przekazywanie do Watyka­nu informacji o sytuacji Kościoła katolickiego na Litwie...

-      Nie tylko do Watykanu, lecz do całego wolnego świata, aby wiedziano, co się u nas dzieje. Władza sowiec­ka cały czas przekonywała, że w Związku Radzieckim jest wolność wyznania, a zarazem prześladowała ludzi wierzących. Dlatego jednym z głównych naszych zadań było pokazanie wszystkim tego, co się rzeczywiście dzieje. Myśleliśmy, że w ten sposób uda nam się przynajmniej w pewnym stopniu zapobiec prześladowaniom.

Nie mieliśmy bezpośredniej łączności z Watykanem. Kilka razy posyłaliśmy jakąś informację specjalnie dla papieża, gdy uznaliśmy, że jest ona potrzebna. Ale nie wiedzieliśmy na sto procent, czy informacja tam docho­dzi czy nie.

- Czy wiadomo wam było, by papież czytał „Kronikę"?

- Nie, tego nie wiedzieliśmy. Radio Watykańskie nie przekazywało informacji, która byłaby wskazówką w tym względzie. Z reguły mówiło tylko: „Litewska prasa po­daje", po czym lektor czytał tekst z „Kroniki" prawie od deski do deski. Ale oni nigdy nie mówili, że czytają

„Kronikę", ponieważ w latach 70. XX w. Stolica Apostol­ska prowadziła politykę wobec państw komunistycznych w taki sposób, by nie drażnić Kremla. Natomiast to, co pi­sze emigracyjna prasa litewska, nie mogło być problemem w stosunkach Stolicy Apostolskiej z Moskwą.

-      A jacy byli wasi najbardziej oddani sojusznicy w Wa­tykanie?

-      Naszej sprawie bardzo dobrze służył mons. Vytau-tas Kazlauskas, szef litewskiej sekcji Radia Watykań­skiego. Potem KGB udało się doprowadzić do jego odsu­nięcia. Było to w 1987 czy 1988 r., gdy ja przebywałem w obozie. Kreml przekonywał, że bardzo źle wpływa on na stosunki między Kościołem katolickim a władzą so­wiecką i że dla poprawy relacji konieczna jest zmiana na tym stanowisku.

Drugą taką osobą był obecny kard. Audrys Baćkis, pra­cujący wówczas w Sekretariacie Stanu. Niekiedy w waż­nych sprawach pisaliśmy prosto do niego, mając nadzieję, że (ponieważ Litwa jest mu droga) przekaże to papieżowi. Raz w ten sposób udało nam się zapobiec wyświęceniu trzech biskupów.

-      Czy można po-wiedzieć, że był to sukces „Kroniki"?

-      Bez wątpienia. Ja dowiedziałem się o tym już po wyjściu na wolność, że księża litewscy ze Stanów Zjedno­czonych przekazali informację z prośbą, by Ojciec Świę­ty zmienił postanowienie w sprawie konsekracji tych bi­skupów.

Interesujące, że gdy mnie aresztowali, jeden ze śledczych powiedział mi: „Śmierć Maźonavićiusa obciąża twoje su­mienie". Ksiądz Maźonavićius zmarł wkrótce po tym, gdy papież w ostatniej chwili zrezygnował z jego konsekracji. Był on jednym z mianowanych już kandydatów - potrzeb­na była tylko konsekracja. Zapytałem śledczego: „A dla­czego niby moje sumienie?". „Ty sam dobrze wiesz" - od­powiedział. Oni domyślali się, że „Kronika", docierając na Zachód, mogła wpłynąć na zmianę decyzji Watykanu.

-      W jaki sposób watykańska polityka wschodnia, kre­owana głównie przez kard. Casarolego, wpływała na sto­sunki między Kościołem a władzą sowiecką na Litwie? Po lekturze wspomnień kardynała widać wyraźnie, że jego optyka i założenia polityki - dialog i poszukiwanie modus vivendi z władzami komunistycznymi oraz dbałość o insty­tucjonalne formy życia Kościoła, w tym obsadzanie stolic biskupich - były całkowicie odmienne od waszych poglą­dów i waszej polityki.

-      Tak, to prawda. Wiedzieliśmy już wówczas, że jest to pomyłka. Kard. Casaroli uważał, że jest bardzo waż­ne, by istniała struktura, by każda diecezja miało swojego biskupa. My natomiast wiedzieliśmy, że wszyscy admini­stratorzy diecezji pracują nie tylko dla Kościoła, lecz tak­że dla KGB.

Nasze rozumowanie w tej kwestii było bardzo pro­ste. Jeśli administratorem diecezji nie jest biskup, to jego zgubny wpływ na wiernych jest mniejszy. U nas, na Litwie, biskup cieszył się zawsze dużym autorytetem. Twierdziliśmy, że biskup współpracujący z KGB będzie gorszy dla Kościoła niż ewentualny wakat na stolicy biskupiej. Niech już lepiej będzie administrator diece­zji, zwykły ksiądz - tacy byli też za cara - tego się nie uniknie. Zarazem, powinien być jeden lub dwaj biskupi w celu wyświęcania nowych księży. W takiej sytuacji dla wszystkich będzie jasne, że władza prześladuje Kościół. W przeciwnym razie, mogłoby powstać mylne wrażenie, że sytuacja jest normalna, bo oto jest biskup, który nawet jeździ do Watykanu.

KGB zależało na utrzymywaniu wrażenia, że na Litwie, w sprawach wolności religijnej, wszystko jest w porząd­ku. Są tylko jacyś ekstremiści i Bóg jeden wie, czego na­prawdę chcą. Nam natomiast zależało na tym, by wszyscy znali prawdziwe położenie i by nie doprowadzić do sytu­acji, w której biskupi mieliby zgubny wpływ na wiernych i na sprawy Kościoła. Dlatego też pisaliśmy, że nie należy wyświęcać biskupów, a niech zostaną nadal administrato­rzy diecezji.

- Czy kard. Casaroli przyjechał na Litwę?

-      Nie. Chociaż go oczekiwaliśmy. W pewnym momen­cie pojawiły się słuchy, że przyjedzie. Ale nie doszło do tego.

-      Gdyby przyjechał, to udałoby się Księdzu Biskupowi spotkać z nim?

-   Ależ skąd! Gdy on przyjeżdżał, było wiele „zapór", by nikt niepowołany nie spotkał się z nim. Bliski dostęp mieli tylko zwerbowani księża. KGB znało swoją robotę. Tylko w sprawie „Kroniki" troszkę im nie wyszło. A co do tych duchownych z Watykanu czy z Zachodu, któ­rzy przyjeżdżali do Moskwy czy do Wilna, KGB zawsze potrafiło obstawić ich swoimi agentami, którzy byli zo­bowiązani do przekazywania odpowiedniej informacji -takiej, która będzie odpowiednia dla kard. Casarolego

i dla papieża.

Szczęściem, Stolica Apostolska zbierała informacje także innymi kanałami. Kard. Baćkis opowiadał mi, że gdy ktoś przyjeżdżał z Litwy do Rzymu, zawsze starał się z nim spotkać i dowiedzieć prawdy o sytuacji w kraju.

-      Jakie było znaczenie wyboru Jana Pawła II i jego pierwszej wizyty w Polsce dla Kościoła na Litwie?

-      Myślę, że najważniejszy był sam moment wyboru papieża. Przede wszystkim fakt, że - jak sam stwierdził -chce być głosem tych, którzy nie mają głosu, chce mówić światu o Kościele milczenia. Te słowa napawały nas opty­mizmem. Wiedzieliśmy, że papież zna sytuację, że jego nikt nie oszuka. Gdy stwierdził, że będzie mówił za nas, to było dla nas bardzo ważne.

Jeśli chodzi o wizytę w Polsce, to wielu ludzi oglądało ją w telewizji. Wiedzieliśmy też, jaki wpływ miała wizyta papieża na „Solidarność". Dla mnie, był to jeszcze jeden krok w walce o wyzwolenie. Ale byłoby mi trudno powie­dzieć, na ilu ludzi na Litwie wizyta papieża w Polsce wy­warła wpływ. Oczywiście, była ona bardzo ważna dla tych wszystkich księży i świeckich, którzy kochali Kościół. Oni czuli, że papież jest z nimi.

 

-   W czasie tej pielgrzymki papież mówił też po litewsku.

-      W spotkaniach z papieżem uczestniczyli Litwini z okolic Suwałk. Papież wiedział o tym i zwracał się do nich w ojczystym języku. Pewnego razu Ojciec Święty po­wiedział, że połowa jego serca jest na Litwie. Pojawiły się wtenczas pogłoski, że jego matka była Litwinką lub że on sam pochodzi z Litwy. Ten mit wziął się z tego jednego zdania, w którym papież chciał wyrazić swoją solidarność z nami - my wówczas cierpieliśmy bardziej niż katolicy w Polsce.

-      Stwierdził Ksiądz Biskup, że Kościół w Polsce był dla was przykładem w walce o wolność religijną. Wymienia Ekscelencja kard. Wyszyńskiego i innych polskich księży. Czy środowisko „Kroniki" miało jakieś osobiste kontakty z księżmi w Polsce?

-      Pewne kontakty miał ks. Pranas Račiūnas, z któ­rym się przyjaźniłem. Ja osobistych kontaktów nie mia­łem. W tamtych czasach, gdy ktoś przyjeżdżał z Pol­ski, to poza Wilno nigdzie nie mógł pojechać - władze komunistyczne nie dawały na to pozwolenia. Tak więc kontakty z Polakami mogli mieć tylko nasi księża miesz­kający w Wilnie. A KGB zawsze się starało, żeby w tych kontaktach uczestniczyli ich ludzie - księża współpracu­jący z organami.

Natomiast ks. Račiūnasowi KGB zezwoliło raz na po­dróż do Stanów, gdzie mieszkała jego matka. Zdaje się, że przy okazji tej podróży nawiązał kontakty z księżmi w Polsce i spotkał się też raz z kard. Wyszyńskim. My na Litwie znaliśmy sposób postępowania kardynała wobec władz komunistycznych. Cieszyliśmy się i byliśmy dum­ni, że on w taki sposób broni Kościoła. Życzyliśmy sobie, by nasi biskupi go naśladowali, a nie szli na kompromi­sy. Tak więc wpływ postawy kard. Wyszyńskiego na nas, „ekstremistów", był bardzo istotny.

-      Czy da się określić, ilu księży na Litwie, na początku lat 80., było zdecydowanymi przeciwnikami reżimu?

-      Trudno powiedzieć, ale mogę podać jeden przykład. Mniej więcej w tym czasie władze przyjęły nową ustawę wyznaniową. Wówczas my, członkowie Katolickiego Komi­tetu Obrony Praw Wierzących - Svarinskas, ja i inni - na­pisaliśmy obszerny dokument przeciwstawiający się temu prawu. Zawierał on dokładną analizę ustawy ze wskaza­niem, w jaki sposób poszczególne zapisy naruszają prawa wolności religijnej. Ku naszemu zdziwieniu, ten dokument podpisało, jeśli się nie mylę, 525 księży oraz obaj biskupi -Sladkevičius i Steponavićius. Dla władzy sowieckiej była to bomba - oni nie spodziewali się, że za Katolickim Komite­tem opowiada się aż tylu księży Wówczas księży na Litwie było około 750-770, tak więc liczba podpisanych stanowiła ok. %. To była większość absolutna. W dodatku, każdy, kto podpisywał ten list, brał na siebie duże ryzyko - wiedział, że władze nie będą go za to chwaliły.

-      Taka udana akcja dodawała odwagi...

-      Oczywiście. Swoją drogą, jakże inna była nasza sytu­acja od sytuacji dysydentów w Moskwie - Sacharowa czy Kowaliowa. Oni tam byli zupełnie sami. A my tutaj nie uważaliśmy siebie właściwie za dysydentów. My po prostu mówiliśmy głośno to, co myśleli ludzie.

-      Czy zdaniem Księdza Biskupa, w działalności „Kro­niki" był jakiś przełom - moment, w którym zaczęła ona w większy sposób wpływać na ludzi?

-      W latach 1972-1973 trudno było zbierać materiały do „Kroniki" - ludzie po prostu się bali. Bali się z proste­go powodu: wiedzieli, iż jeśli zostanie zacytowane ich na­zwisko, KGB będzie prowadzić dochodzenie. Wielu ludzi wolało więc o niczym nie mówić, żeby mieć spokój.

Przypominam sobie, jak w 1968 r. sam jeździłem po parafiach z listem zaadresowanym do administratorów diecezji, wzywającym ich do podjęcia kroków w celu po­lepszenia sytuacji Kościoła. Pisaliśmy m.in. że rocznie umiera około 30 księży, a do seminarium przyjmuje się tylko pięciu. To był bardzo delikatny w tonie list, a mimo to widziałem, że księżą bardzo się bali go podpisać. Pa­miętam jak dziś pewnego księdza, który przeczytał i mówi: „Gdyby pod tym listem było już 800 podpisów, to i ja bym podpisał. Myślę, że nikt tego nie podpisze". Rze­czywiście pod listem widniały tylko trzy podpisy. Przy­jeżdżam do innej parafii. Tamtejszy proboszcz, były wię­zień łagrów, mówi mi: „Wiesz, co cię czeka za ten list?". I podpisał.

Albo takie zdarzenie. Za katechizację siedział w łagrze ks. Antanas Śeśkevićius. Napisaliśmy wówczas krótkie oświadczenie, wyrażające naszą solidarność z nim i pro­test przeciw postępowaniu władz, które wysyłają do obo­zu księdza za spełnianie kapłańskich powinności. Daję to do podpisu jednemu księdzu i widzę, jak strużka potu za­czyna ściekać mu po twarzy. Od tego momentu zacząłem nieco bardziej wyrozumiale spoglądać na tych, którzy się bali. Zrozumiałem, że niektórym ludziom jest bardzo trudno się nie bać. A jeśli ja się nie boję, to nie znaczy, że wszyscy mają reagować w ten sam sposób.

Natomiast później, gdzieś od połowy lat 70. XX w., zbieranie podpisów stało się łatwiejsze. Najlepszym przy­kładem jest wspomniany list 525 księży w obronie wolno­ści religijnej.

-      Mimo, że wówczas już około dziesięciu osób zostało zaaresztowanych za współpracę z „Kroniką"...

-      Mimo tych represji, księża i świeccy stawali się co­raz odważniejsi. Bardzo dopomagał nam fakt, że Radio Watykańskie głośno o nas mówiło. Dla człowieka, który o coś walczy i za coś cierpi, jest bardzo ważne, gdy wie, że ktoś o nim pamięta. Sądzę, że „Kronika" i Radio Wa­tykańskie przyczyniały się do tej zmiany w ludziach, do wzrostu odwagi.

Gdybyśmy wiedzieli, że „Kronika" nie dociera na Za­chód, że przyjdzie za nią zapłacić wysokim wyrokiemi                       latami łagru, to nie wiem... Z pewnością byłoby bardzo trudno.

Ale potem już na szczęście wiedzieliśmy, że Zachód i papież wiedzą o nas. I że w razie czego Stolica Święta czy inni mogą nam w jakiś sposób pomóc, bo wiedzą, co ro­bimy i co się z nami dzieje. Ta świadomość dodawała nam odwagi i zachęcała do większej aktywności.

-      Czy można się było jakoś psychicznie przygotować na wypadek aresztowania i przesłuchiwania przez KGB?

-      Z reguły zależało to od osobistej odwagi. Mieliśmy taką broszurę po litewsku i po rosyjsku: „Jak zachowy­wać się podczas przesłuchania". Tam były bardzo mądre rady, np. że można milczeć, nie odpowiadać, że należy tak odpowiadać, żeby nie mogli się do ciebie przyczepić. Nie było dobrze kłamać tak po prostu: za fałszywe zeznanie można było dostać karę do roku więzienia. Ale ten para­graf dotyczył tylko świadków, a nie oskarżonych i uwię­zionych - i to trzeba było wiedzieć. A jeśli chodzi o oskar­żonego, to może on milczeć, może mówić prawdę, a także kłamać. To on wybiera sposób obrony.

-      Czy Ksiądz Biskup dawał tę książkę do poczytania czy też wyjaśniał, jak ludzie powinni się zachowywać?

-      Propagowaliśmy tę broszurę, wydaliśmy jej skrót po litewsku. Ci, którzy zajmowali się „robotą", przechodzili zawsze taki instruktaż. Ale najważniejsze zależało od człowieka. Jeśli był ideowy, to wszystkie te rady nie były aż tak ważne. Najważniejsza była zasada: nie można ni­kogo wydać!

-      Problem chyba w tym, że KGB-iści również byli chy­trzy, robili to profesjonalnie, tak więc jakiś instruktaż był nieodzowny...

-      Tak. Chociaż, z drugiej strony, my przecenialiśmy ich wiedze. Przeszedłem przez wiele śledztw i zauważy­łem, że były one dość prymitywne. Na przykład podpuł­kownik, który mnie badał, miał wyższe wykształcenie prawnicze, ale robił takie rzeczy, że od razu widziałem, iż chce mnie oszukać. Pewnego dnia mówi do mnie: „Sły­szeliśmy, że walczyłeś z alkoholizmem. Chciałbym, żebyś napisał, jak ty się zapatrujesz na tę sprawę. Interesuje nas też, dlaczego zostałeś księdzem. Napisz też na ten temat".

Od razu stało się dla mnie jasne, że chcą mieć próbkę mojego charakteru pisma i stylu. Zgodziłem się. Miałem przy sobie Biblię i wiele zwrotów zaczerpnąłem wprost z Pisma Świętego, nie mówiąc skąd one pochodzą - i od­dałem im. Po kilku tygodniach śledczy mówi mi: „Proszę pozwolić, że wasz tekst poddamy ekspertyzie". „Proszę bardzo, poddajcie!" Ich ekspertyza wykazała, że w „Kro­nice" są dwa czy trzy artykuły napisane prawdopodobnie przeze mnie, ale z pewnością stwierdzić się tego nie da.

Inny przykład. KGB-iści robili ekspertyzę maszyn do pisania, które zarekwirowali podczas rewizji. Mieli myl­ne wrażenie, że „Kronika" była przepisywana na bardzo wielu maszynach. A ja po prostu pilnikiem troszeczkę zarysowywałem jedną czy drugą literę i ich ekspertyza wskazywała, że jest to inna maszyna. Także jeśli człowiek nie chciał wpaść im w ręce i trochę myślał, to nie mieli oni takiego łatwego zadania. Po trzech latach od ogło­szenia wyroku przywieźli mnie do Wilna na „sprawdzę­nie" - wielu więźniów politycznych tak przywożono, żeby sprawdzić, czy nie zmieniły się ich przekonania, czy nie wkroczyli na drogę „poprawy". Przywieźli mnie więc do Wilna, miesiąc trzymali w więzieniu KGB i zadawali róż­ne pytania: „Jak się czujesz, co będziesz robił, gdy wrócisz już z łagru?" Ale nie zapytali, czy będę nadal wydawał „Kronikę". I wiem dlaczego.

W 1984 r., zaledwie po 4 miesiącach spędzonych w obozie, pewnego dnia wezwali mnie strażnicy do sie­dziby naczalstwa. Patrzę - a tam siedzi mój śledczy, pod­pułkownik z Wilna. W rozmowie coś strasznie kręcił, a wreszcie podszedł do mnie i mówi: „No, już dobrze, te­raz jest po wszystkim, już po wyroku, możesz mi szczerze powiedzieć: to ty byłeś redaktorem »Kroniki«, prawda? Już nic więcej ci się nie stanie". Cóż miałem zrobić? Wów­czas, sposobem żydowskim, odpowiedziałem pytaniem na pytanie: „Jak to, »Kronika« już nie wychodzi?". On na to z wściekłością: „Wychodzi!". I na tym skończyła się na­sza rozmowa.

Kiedy po raz drugi przywieźli mnie do Wilna, pod­czas przeszukania znaleźli u mnie mały skrawek papieru, na którym było napisane: „Perspektywy 1979-99". A po­tem parę punktów: podziemne seminarium, podziemne wydawnictwo i inne. Podczas przesłuchania nic im nie powiedziałem. Potwierdziłem tylko, że to moje pismo, no tak, kiedyś coś takiego napisałem, ale nie pamiętam, co to miało znaczyć. Ale dla nich było to wyjątkowo intere­sujące, jaki to plan na 20 lat dla seminarium podziemne­go. Kiedy więc zostałem przywieziony do Wilna, wezwali mnie na przesłuchanie i zapytali: „Może byście się napili herbaty?". „Dlaczego nie". Młody oficer przyniósł trzy szklanki i jakieś małe ciasteczka. Popijamy więc herbatę. W pewnym momencie poczułem, że bardzo kręci mi się w głowie, jakieś osłabienie. Patrzę na tego pułkownika, a on cały czerwony nieustannie zasypuje mnie pytaniami: Kiedy, gdzie, co to znaczy? A potem spojrzał na zegarek i powiada: „No proszę, jak późno, już dziesiąta". Wówczas sobie uświadomiłem, że od trzeciej do mniej więcej wpół do dziesiątej byłem nieprzytomny. Tak więc wsypali tam jakiś narkotyk.

Później pytałem kolegów w łagrze. Potwierdzili, że KGB używa takiego preparatu, dzięki któremu może prowadzić przesłuchanie, ty odpowiadasz, ale nie masz już samokontroli, by zdecydować, co można powiedzieć, a czego nie. Pocieszałem się tylko, że skoro pytał mnie z taką złością, to chyba nic ważnego mu nie powiedzia­łem. Jeśli człowiek naprawdę nie chciał czegoś powiedzieć, to również za pomocą narkotyków nie zawsze udawało się im osiągnąć oczekiwany rezultat.

-      Czyli z Księdzem Biskupem im się nie udało...

-      Myślę, że gdybym powiedział mu prawdę, byłby za­dowolony i nie pytałby mnie z takim zdenerwowaniem.

-      Jakie były reakcje w społeczeństwie, gdy „Kronika"po­wiedziała po raz pierwszy bodaj w 1981 r., że trzeba anu­lować pakt Ribbentrop-Mołotow i zakończyć okupację Li­twy? I że jest to jedyny sposób zakończenia prześladowania Kościoła na Litwie.

-      Gdy w 1972 r. zaczęliśmy wydawać „Kronikę", a po­tem - w 1978 r. powołaliśmy Katolicki Komitet, pisaliśmy, że chcemy działać w ramach sowieckiego prawa i mię­dzynarodowych aktów prawnych. Mówiliśmy o tym gło­śno przede wszystkim dlatego, że nie chcieliśmy być od razu uznani za przeciwników władzy sowieckiej. Dlatego zapewnialiśmy, że nie chcemy walczyć z władzą, ale bro­nimy swoich praw - praw Kościoła. Także w „Kronice" unikaliśmy tematyki narodowej. I pewnie też trochę się spodziewaliśmy, że KGB będzie nieco mniej poszukiwać wydawców pisma, gdyż uzna, że nie są to bardzo groźni ludzie.

Ale im dalej, tym bardziej było widać, że władza so­wiecka nie zwraca na to uwagi i sadza do więzienia rów­nież za „Kronikę". Siostra Nijolė Sadūnaitė zdołała prze­pisać 11 stron „Kroniki" i dostała za to 6 lat. Za nią poszli inni. Chociaż staraliśmy się zbytnio nie dać poznać, że wiemy, iż władza sowiecka jest wrogiem narodu i Kościo­ła, to jednak niektóre stwierdzenia wypadały nam nieco ostrzej. Moim zdaniem, była to bardzo naturalna ewolu­cja. W dokumentach Katolickiego Komitetu byliśmy tro­chę bardziej ostrożni.

Przypominam sobie, jak nasi litewscy dysydenci pod­pisali dokument potępiający pakt Ribbentrop-Mołotow i zachęcali księży do podpisania go. Wówczas uznaliśmy po naradzie, że nie będziemy się w to mieszać, by nie skierować na siebie ognia. Od samego początku jednak wiedzieliśmy o tym, że ustalenia paktu Ribbentrop-Mo­łotow muszą zostać zniesione i że tylko w ten sposób mo­żemy odzyskać wolność religijną. Tylko nie chcieliśmy od razu tak otwarcie o tym mówić, żeby nie stawać na linii ostrzału.

Widzieliśmy jednocześnie, że ten „środek ostrożno­ści" w postaci unikania tematów politycznych i narodo­wych, na władzę sowiecką nie działa. Wprawdzie w okre­sie, gdy „Kronika" zaczęła się ukazywać, władza stała się ostrożniejsza, ale mimo wszystko stosowała represje. Dlatego stopniowo dojrzewała myśl, że trzeba otwarcie powiedzieć prawdę, gdyż władza sowiecka nie zmienia­ła swojej polityki prześladowania Kościoła i narodu. I że skończyć się to może dopiero wtedy, gdy Litwa odzyska niepodległość.

-       To stanowisko stało się oficjalnym stanowiskiem „Kroniki"?

-       Tak.

-       A jakie stanowisko zajmowała „Kronika" już po aresztowaniu Księdza Biskupa w 1984 r., jak wpisywała się w nurt patriotycznego odrodzenia lat 80.?

-       Niektóre środowiska dysydenckie, np. Liga Wolno­ści, zarzucały „Kronice", że zajmuje się tylko sprawami Kościoła. Broni Kościoła, a nie Litwy. My, redaktorzy „Kroniki", uważaliśmy, że broniąc Kościoła i ludzi wierzą­cych, tym samym bronimy całej Litwy. Dziś wiem, że tak właśnie było. Ludzie stali się odważniejsi, poczuli jedność i zrozumieli, że razem mogą się upomnieć o swoje prawa. Wydanie pierwszych numerów „Kroniki" miało pewien wpływ na rozwój podziemnego ruchu wydawniczego i działalności opozycyjnej. W jakimś momencie funkcjo­nowało aż 13 różnych pism - skoncentrowanych bądź na sprawach religijnych, bądź narodowych. Widząc ten roz­kwit, cieszyliśmy się, że uczyniliśmy pierwszy krok, a inni podążyli za nami. Myślę więc, że „Kronika" rzeczywi­ście miała wpływ na ruch narodowy - oczywiście przede wszystkim na tych ludzi, którzy ją czytali lub słuchali przez Radio Watykańskie.

 

-      Czy w latach 80. istniała więź między ruchem patrio­tycznym a Kościołem?

-      Poniekąd tak. Gdy odbywały się rozprawy prze­ciwko ludziom „Kroniki", przedstawiciele organizacji narodowych byli na nich obecni. A my solidarnie poja­wialiśmy się na rozprawach przeciwko ludziom sądzo­nym za sprawę narodową. Sytuacja była wówczas taka, że Kościół, mimo iż był prześladowany, mógł coś głośno powiedzieć. Natomiast nauczyciel czy działający samo­dzielnie inteligent nie mógł - nie narażając się od razu na aresztowanie - powiedzieć, że władza sowiecka to czy tamto robi źle. A księża to mówili. Wówczas niektórzy patrioci zaczęli gromadzić się wokół Kościoła. Myślę, że byli też wśród nich tacy, którzy nie byli całkowicie wie­rzący, ale przychodzili do Kościoła, gdyż był on wyspą wolności. Niepełnej wprawdzie, ale realnej. Myślę, że w takim sensie Kościół oddziaływał, sprzyjając ruchowi na­rodowemu.

9 Biskupowi nie pozwolono na rezydowanie w stolicy diecezji i pełnienie fun­kcji biskupich, zmuszono go do przeniesienia się do małej, wiejskiej parafii.

-      Znalazłem takie stwierdzenie z 1944 r.: „Szczęśliwy Kościół na Litwie, gdyż liczne jego dzieci za niego cierpią". Chciałem zapytać, kto spośród ludzi Kościoła na Litwie jest dla Księdza Biskupa wzorem odważnego cierpienia dla Kościoła?

-      Z pewnością bp Matulionis. Był trzy razy sądzony i zakończył swoje życie na zesłaniu na Litwie9. Dla mnie i dla wielu innych jest on przykładem, jak należy sta­wać w obronie Kościoła. Bronił go spokojnie, ale w spo­sób bezkompromisowy. Przed trzecim aresztowaniem, w 1946 r., nakłaniano go do napisania kazania, w którym zachęciłby partyzantów, naszych leśnych braci, do wyjścia z lasu i ujawnienia się przed władzą sowiecką. Odmówił, wiedząc, że nie ma żadnej gwarancji, iż nie zostaną zabi­ci. A w tym samym czasie inni administratorzy diecezji, w tym administrator diecezji kowieńskiej, pod naciskiem władz pisali takie apele.

-      Jak wygląda dziś dziedzictwo „Kroniki"? Jej główni redaktorzy zostali biskupami w wolnej Litwie - to jest chy­ba zwycięstwo tego pisma.

- To jest trudne pytanie. „Kronika" była nam potrzeb­na w walce o jawność. Teraz to już nie jest potrzebne. Jest wolność - nie ma spraw ukrytych przed ludźmi.

Osobiście myślę, że nadal służymy tym sprawom, któ­rym służyliśmy w tamtym czasie. Tak jak kochaliśmy Ko­ściół wówczas, tak kochamy i dziś. Tak jak byliśmy wierni Stolicy Apostolskiej - na Litwie zawsze miało to bardzo duże znaczenie - tak jesteśmy wierni i dziś. Ludzie zwią­zani z „Kroniką" również dziś służą Kościołowi.

 

 

Rozmawiali:

Katarzyna Korzeniewska i Paweł Wołowski Kowno, kwiecień-sierpień 2002

 
 
  Sukurta padedant Arkivyskupui S.Tamkevičiui SJ & windows vista forum