gototopgototop
    
 
     
 
 
 
   
 
     
 
 
Czując powiew wolności Spausdinti El. paštas

Czując powiew wolności

Rozmowa z bp. Jonasem Borutą

Bp Jonas Boruta SJ urodził się w Kownie w 1944 r., tam też skończył szkołę średnią. W 1962 r. starał się o przyjęcie do tamtejszego Międzydjecezjalnego (jedynego na Litwie) Seminarium Duchownego, ale władze sowieckie nie zgodziły się na to, ze wzglę­du na jego nieodpowiednie pochodzenie społeczne. W tym samym roku zaczął studia na Wydziale Ma­tematyczno-Fizycznym Uniwersytetu Wileńskiego. Ukończył je w 1970 r. i rozpoczął pracę w Instytucie Fizyki w Akademii Nauk Litewskiej SRR. Tam też w 1982 r. obronił doktorat, nie wydano mu jednak dyplomu. W 1975 r. rozpoczął przygotowanie do kapłaństwa w działającym na Litwie podziemnym seminarium. Zakończył je wyświęceniem w 1982 r. Rok wcześniej ks. Boruta wstąpił do jezuickiego no­wicjatu, działającego także niejawnie. Po areszto­waniu ks. Sigitasa Tamkevi£iusa przejął od niego funkcję redaktora naczelnego „Kroniki Kościoła Ka­tolickiego na Litwie", którą pełnił do końca istnienia pisma (czyli do 1989 r.). W tym czasie organizował też i prowadził tajne kursy katechetyczne i teologicz­ne dla zakonnic. Po roku kierował przygotowaniem katechetów i teologów na Uniwersytecie im. Witol­da Wielkiego w Wilnie, a potem na Uniwersytecie Wileńskim. W latach 1989-1998 był przełożonym litewskiej prowincji jezuitów. W roku 1997 otrzy­mał sakrę biskupią i został mianowany biskupem pomocniczym diecezji wileńskiej, zaś od stycznia 2002 r. jest ordynariuszem żmudzkim (diecezji tel-szewskiej).

-      Dlaczego Ksiądz Biskup nie został przyjęty do semi­narium duchownego?

-      Z powodu mego ojca. Był więźniem politycznym i wiele lat przesiedział w łagrach. Wrócił w 1957 r. Wtedy to odnotowano najmniejszą liczbę przyjętych do semina­rium - tylko czterech. Wiedziałem, że było ono dla mnie nieosiągalne, a ponieważ moją pasją była też fizyka, roz­począłem studia na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Wileń­skiego. Po kilku latach uzyskałem dyplom i rozpocząłem pracę w Instytucie Fizyki Akademii Nauk. Jednocześnie, w latach 1974-1975 o. Jonas Lauriūnas SJ, który przygo­towywał wówczas m.in. informacje dla „Kroniki", wpro­wadził mnie w tajne nauczanie w ramach podziemnego seminarium duchownego.

Po studiach teologicznych w tym seminarium odby­łem nowicjat i wstąpiłem do Towarzystwa Jezusowego. Wtenczas trafiłem do bp. Steponavićiusa w Žagarė, który był wygnany przez władze sowieckie ze swojej wileńskiej diecezji i od niego przyjąłem święcenia kapłańskie. Już jako ksiądz, przyjeżdżałem często w soboty i w niedziele do Kybartai, do ks. Tamkevićiusa. Był to czas, gdy machi­na represji KGB zataczała coraz szersze kręgi. I po aresz­towaniu ks. Svarinskasa, razem z ks. Tamkevićiusem za­stanawialiśmy się, co robić w przypadku aresztowania redaktora naczelnego. Jedną z kandydatur był ks. Jonas Kauneckas, który należał do Komitetu Obrony Praw Wie­rzących i któremu z tego tytułu KGB deptało po piętach; drugą osobą byłem ja.

Ustaliliśmy ostatecznie z Tamkevićiusem, że w razie jego aresztowania, ja przejmę kierowanie „Kroniką". A w wy­padku, gdybym ja już nie mógł - np. z powodu aresztowa­nia - wtenczas ster przejmie Kauneckas.

-      Jaka była atmosfera wśród współpracowników „Kro­niki" po aresztowaniu ks. Tamkevićiusa? Przypuszczam, że był to szok...

-      Rzeczywiście, nastąpiła wówczas cała seria areszto­wań. W styczniu ks. Svarinskas, w maju ks. Tamkevićius, po nim ks. Matulionis...

Z jednej strony mieliśmy świadomość, że wiele ryzy­kujemy, że to niebezpieczne; ale z drugiej strony wiedzie­liśmy, że jeśli wraz z aresztowaniem redaktora naczelne­go, Tamkevićiusa, pismo przestanie się ukazywać, będzie to dla niego i dla sprawy „Kroniki" tym bardziej niebez­pieczne.

-      Rozumiem, że przemawiałoby to za tym, że on był spiritus movens całego przedsięwzięcia i gdy jego zabrakło, wszystko się rozpadło. Byłoby to dla niego dodatkowe ob­ciążenie podczas procesu.

-      Oczywiście. Próbowaliśmy zrobić tak, by kolejne numery ukazywały się co trzy miesiące, a więc przygoto­wać 3-4 numery w roku. Pierwszy numer pojawił się na przełomie maja i czerwca, kolejny w sierpniu, a potem przyszła kolej na ostatni w tamtym roku. Było to o tyle skomplikowane, że KGB już wiedziało, że dwa numery zostały posłane do Ameryki, a tymczasem druga grupa z o. Raćiunasem przygotowała alternatywny numer.

Ojciec Račiūnas miał ostatni numer, przygotowany jeszcze przez Tamkevićiusa, i wydał kolejny numer z my­ślą o kontynuowaniu tego dzieła.

- Czy wiedzieliście o sobie nawzajem?

- Tak, już w listopadzie otrzymaliśmy wydany przez niego numer. Zawierał on materiały historyczne dotyczą­ce sytuacji na Litwie w XIX w. Było to coś zupełnie inne­go niż „Kronika" i stanowiło dla nas wielki problem: nie wiedzieliśmy, czy to inicjatywa płynąca z dobrej woli, czy może prowokacja ze strony KGB.

My ze swej strony przywiązywaliśmy wielką wagę do kontynuacji stylu wypracowanego przez Tamkevićiusa. Szczęśliwie udało się nam osiągnąć porozumienie.

-      Z jakimi trudnościami spotkał się Ksiądz Biskup przy opracowaniu pierwszych numerów?

-      Trudności, jakie stworzyły mi władze, okazały się de facto pomocą w pracy podziemnej. Pod koniec listo­pada 1982 r. pojechałem na Ukrainę już jako ksiądz, żeby mnie oficjalnie zarejestrowano. Ale po miesiącu zostałem wydalony na rozkaz KGB - w ciągu 24 godzin musiałem opuścić Ukrainę i wrócić na Litwę.

Potem byłem już nielegalnym księdzem: jeździłem po całej Litwie, od parafii do parafii, prowadziłem konferen­cje dla sióstr zakonnych lub dla młodzieży. W tamtych latach obowiązywało prawo sowieckie, które zakazywało przebywania bez zameldowania w jednym miejscu przez więcej niż 10 dni. Milicja to sprawdzała. Lecz to prawo okazało się korzystne z punktu widzenia mojej pracy dla „Kroniki". Ze względu na ten przepis byłem co tydzień na innym krańcu Litwy. Była to dla mnie komfortowa sytuacja do zbierania informacji. Jeździłem tam, gdzie zjeżdżali się księża z różnych parafii, gdzie były odpusty, rekolekcje parafialne. Wówczas mogłem w trakcie rozmo­wy czegoś się dowiedzieć i to zapisać. KGB i tak wiedzia­ło, z jakich miejsc informacja pochodzi, więc gdybyśmy ograniczali się tylko do Kybartai i Wilna, tam by nas szu­kali. Ja zaś jeździłem po całej Litwie. Po latach miałem sposobność zobaczyć, co na temat „Kroniki" jest w archi­wach KGB. Okazuje się, że mogłem być spokojny. Oni byli przekonani, że po aresztowaniu Tamkevićiusa „Kronikę" przejął ksiądz Zdebskis.

-      Jak Ksiądz czuł się jako kapłan i opozycjonista w jed­nej osobie? Czy to wywoływało jakieś wewnętrzne napię­cia, czy stwarzało jakiś problem dla Księdza jako kapłana, który jest przecież powołany do tego, żeby otwarcie głosić prawdę, i jako podpolnika, który walczy o prawdę, ale in­nymi metodami, który czasami musi coś ukrywać?

-      Przyjąłem ten sposób życia w momencie rozpoczę­cia nauki w podziemnym seminarium. Potem zaś byłem przekonany, że musimy robić to, co Tamkevićius, bo to jest potrzebne Kościołowi i służy wierze naszego narodu. I dopóty będziemy pracować, dopóki będziemy mogli. Do czasu aresztowania - a już aresztowano wielu naszych znajomych - podchodziliśmy do tego spokojnie, czując zarazem narastającą grozę sytuacji. Po wypadku, w któ­rym zginął ks. Zdebskis, sytuacja stała się dramatyczna. Pod koniec 1988 r. był już taki czas, że szykowaliśmy się na serię aresztowań.

W styczniu 1989 r. planowaliśmy wydać kolejny nu­mer, ale byliśmy tak dokładnie śledzeni, że stało się to niemożliwe. Dokończyliśmy pracę dopiero w lutym. Nie było akurat żadnej grupy z Ameryki, która mogłaby prze­rzucić materiał na Zachód, zatem spróbowaliśmy zrobić to starą drogą, przez Moskwę. Siostra Sadūnaitė zgodziła się go przewieźć: mieli ją wtedy na oku, ale bardzo chciała podjąć się tego zadania. Wzięła jeden numer pisma, za­wiozła do mieszkania innej siostry i stamtąd zbierała się do wyjazdu. Pech chciał, że do tego samego mieszkania trafiła też druga siostra, wioząca oryginał „Kroniki" -i wszystkie wpadły podczas rewizji KGB.

Aresztowanie sióstr spadło na nas jak grom z jasnego nieba. Myśleliśmy, że to już koniec. Jednak na drugi dzień s. Sadūnaitė wypuścili, a dzień później pozostałe dwie siostry. Wydaje się nam, że to była decyzja Moskwy. Tam już zaczęła się pierestrojka.

- Czy KGB w Moskwie było bardziej liberalne?

- Myślę, że bali się ze względu na s. Sadūnaitė. Ona była już znana na Zachodzie. Prawdopodobnie chcieli uniknąć skandalu i dlatego ją wypuścili, a z nią także po­zostałe siostry. Kiedy wyszły na wolność, postanowiliśmy odtworzyć zaginiony materiał z pamięci. Udało się to zro­bić za wyjątkiem dwóch informacji. A było tak, że kiedy materiał trafiał do USA, od razu był przekazywany do Ra­dia Watykańskiego, gdzie czytano go na antenie mówiąc, że to „otrzymana informacja".

W KGB natomiast nagrywali wszystko na taśmę, spi­sywali i porównywali z tym, co było u nich - w tym przy­padku w egzemplarzach skonfiskowanych u Sadunaite i u drugiej siostry. Gdy po odzyskaniu niepodległości przeglądaliśmy archiwa KGB, znaleźliśmy tam zapisane pytanie: „Dlaczego Radio Watykańskie opuściło to a to w swojej relacji?". Stało się dla nas oczywiste - choć nie mogliśmy wtedy tego wiedzieć - że oni nie wierzyli, iż właśnie te siostry i my przygotowujemy „Kronikę".

- Jak wyglądała praca nad ostatnim numerem?

- Ostatni numer wyszedł już po powrocie bp. Stepo-navićiusa z wygnania do Wilna, w 1989 r. Można było już wtedy swobodnie publikować różne informacje i wy­dawano mnóstwo gazet antyreżimowych. Nie było już potrzeby kontynuowania naszej pracy - chcieliśmy tyl­ko wydać ten ostatni numer. Ponieważ Tamkevićius był już na wolności, zaproponowałem mu, żeby zredagował numer. On odwzajemnił się taką samą propozycją pod moim adresem. W końcu ostatni numer przygotowali­śmy wspólnie.

-      Jaki był ten koniec lat 80.? Z jednej strony nieustanne prześladowania, nagłe aresztowania, rewizje, a zarazem chyba poczucie, że coś się zmienia - jakiś powiew nadziei? Jak Ksiądz wspomina ten czas?

-      Dam przykład dwóch wydarzeń. W 1984 r. odbyły się uroczystości jubileuszowe 500-lecia śmierci św. Ka­zimierza, a w 1988 r. - obchodziliśmy 600-lecie chrztu Litwy. Między tymi obchodami była wielka różnica. Na uroczystość św. Kazimierza władze specjalnie wprowa­dziły ograniczenia w kursowaniu autobusów, uniemożli­wiano przyjazd księży z innych parafii, zabraniano mło­dzieży zbierać się na modlitwę.

Zupełnie inaczej było w 1987 r. podczas beatyfikacji Jerzego Matulewicza i rok później, podczas obchodów 600-lecia chrztu. Już czuło się zmiany. Była nadzieja i my już nie byliśmy tak ostrożni. W maju 1988 r. bp Sladke-vićius został kardynałem. Gdy wrócił z Rzymu na Litwę po otrzymaniu insygniów, odwiedzał wszystkie litewskie diecezje. Były spotkania, uroczyste ingresy... To był swo­isty triumf po latach, jakie z polecenia KGB spędził na ze­słaniu w małej wiejskiej parafii.

KGB już nie zabraniało przyjmowania kardynała, or­ganizowania święta. Pojawiła się nadzieja, że wszystko idzie ku lepszemu. Czuliśmy, że nie ma już tak wielkiego ryzyka, jak wcześniej.

-       „Kronika" bardzo zaangażowała się w uroczystości 1984 i 1988 r. Jakie było znaczenie obu tych rocznic dla „podniesienia ducha" w narodzie?

-       W 1983 r. miały miejsce masowe aresztowania i za­panował wielki strach przed władzą. Uroczystości w 1984 i w 1988 r. miały dla katolików wielkie znaczenie natury psychologicznej - było to przełamanie atmosfery strachu.

Natomiast dla nas, prześladowanych, była to sponta­niczna odpowiedź na wyzwanie sowieckiej władzy. Bóg sprawił, że mogliśmy umocnić się duchowo.

A rocznica 600-lecia chrztu Litwy, obchodzona w 1988 r. zdecydowanie umocniła nasze nadzieje.

Potem przyszła pieriestrojka w Moskwie, rozwinął się masowy ruch, który za pozwoleniem Moskwy objął wszystkie sowieckie republiki. Jednak pieriestrojka to był scenariusz napisany w Moskwie. Z tego powodu byliśmy wobec niej z początku bardzo podejrzliwi.

-      Od kiedy na Litwie zapanowało przekonanie, że wol­ność Kościoła i wolność Litwy nastąpią razem?

-      Myślę, że na jesieni 1989 r. Aż do tego momentu nie było jasne, jak będzie z Sąjudisem, którego liderzy mówili, że w pełni kontrolują pieriestrojkę, KGB. Myśleliśmy, że to prowokacja mająca na celu ujawnienie ludzi z podziemia, których potem będą represjonować. Jednak począwszy od jesieni 1989 r. stało się jasne, że nie ma już odwrotu; że ruch jest już na tyle silny, że nie sposób zawrócić biegu spraw. Nawet jeśli w styczniu 1991 r. interwencja wojsko­wa Rosji zakończyłaby się ich zwycięstwem, to ostateczne nasze zwycięstwo byłoby tylko kwestią czasu.

Kiedy opadła żelazna kurtyna, stało się jasne, że aby zro­bić odwrót, trzeba by cofnąć się o sto lat, żyć bez kontaktów z innymi krajami, zaniechać rozwoju cywilizacyjnego. Teraz wiemy, w czym leżała przyczyna: oni zobaczyli, że tak już dłużej nie można. Musieli coś zrobić. Myśleli, że dadzą część swobód w jakiejś sferze, nie mogli inaczej postąpić. I wszyst­ko się zawaliło. Tamte styczniowe dni 1991 r. były pełne napięcia, niebezpieczeństwa. Ale było jasne: jeśli nawet oni zwyciężą, to i tak będzie to zwycięstwo krótkotrwałe.

10 Gułag (Gtawnoje Uprawlenije Łagieriej) - zarząd obozów pracy; skrót po­tocznie i powszechnie używany na określenie istniejącej przez cały okres trwania Związku Radzieckiego, rozmieszczonej na całym niemal jego te­rytorium sieci obozów pracy przymusowej, gdzie kary odbywali zarówno więźniowie polityczni, jak i przestępcy pospolici. Słowo zostało spopulary­zowane dzięki książce Aleksandra Solżenicyna Archipelag GULag, będącej wstrząsającą relacją wieloletniego więźnia tych obozów.

-       „Kronika" walczyła o sumienia więźniów. Zawsze na końcu numeru była apostrofa: „Litwini, pamiętajcie, że ks. Svarinskas, o. Tamkevićius cierpią po to, żebyście wy żyli w wolności". Chciałbym zapytać o znaczenie tej soli­darności z więźniami? I czy wspominani byli tylko więź­niowie związani ideowo z „Kroniką" i z Kościołem katolic­kim, czy również inni więźniowie sumienia?

-       Również inni, w tym nawet marksiści, ale nie tacy... sowieccy. Były też materiały o baptystach i o przedsta­wicielach innych wyznań, a także o dysydentach wolno­myślicielach. O nich też pisaliśmy, gdyż byli poddawani represjom, jak my wszyscy. Jednak bezspornie największe represje dotykały katolików.

-       Bardzo ciekawe były dla mnie wspomnienia ks. Sva-rinskasa, które dotyczyły jego doświadczeń z gułagu10, jak w obozie odkrył solidarność ludzi wierzących różnych wy­znań i religii. Czy Księdza doświadczenie jako redaktora „Kroniki" nie jest podobne?

-       Wiedzieliśmy, że prześladowani są także ludzie in­nych wyznań. Pokutuje takie tradycyjne konserwatywne przekonanie, że to „nie są nasi", że trzeba z nimi ostroż­nie, że są niebezpieczni. Prześladowania sprawiły, że my, starsze pokolenie, inaczej spojrzeliśmy na te wszystkie podziały. Stało się dla nas jasne, że Bóg poddaje próbie wszystkich i że trzeba pomagać bliźnim. Sprawy wia­ry - to jedno, a pomoc bliźniemu - to nasza wspólna rzecz. Powinniśmy trzymać się razem, pomagać sobie na­wzajem.

Ze smutkiem obserwowałem potem, w wolnej Litwie, odejście od ducha wzajemnego zrozumienia i braterstwa. Mimo że dawniej wszyscy opowiadali się przeciw sowiec­kiej władzy, teraz podzielili się na prawicę i lewicę, i ostro występują przeciw sobie.

-      „Kronika" była najbardziej znanym, ale nie jedynym pismem opozycyjnym. Były różne tendencje ideowe. Czy i ewentualnie za co „Kronika" była krytykowana przez przedstawicieli innych opcji?

-      Chcieliśmy, żeby „Kronika" była pismem w duchu chrześcijańskim i katolickim, opisującym problem na­ruszania praw wierzących Kościoła katolickiego i innych wyznań. Zależało nam na uniknięciu problematyki naro­dowej - istniało inne pismo zajmujące się tymi sprawami.

Krytycy czynili główny zarzut z faktu, że odstępowali­śmy od spraw narodowych. Szczególnie ostro występował Antanas Terleckas - znany dysydent. Nazywał to sabota­żem narodowej kultury. My natomiast uważaliśmy, że mu­sieliśmy pisać o tym, o czym będą chcieli przeczytać obroń­cy praw człowieka w dowolnym kraju. Każdy Amerykanin czy Włoch mógł zrozumieć, co znaczy prześladowanie za wiarę w Związku Radzieckim, natomiast nie połapałby się w zawiłościach naszej historii i spraw narodowych.

Sądziliśmy wówczas - i nadal tak uważam - że operu­jąc faktami i mówiąc o prawach człowieka mieliśmy więk­szy wkład w dzieło przywrócenia wolności, niż dając się wciągnąć w ewentualne konflikty narodowościowe. Myślę, że nasz wybór był słuszny.

-      Jaki był stosunek do „Kroniki" moskiewskiej opozycyj­nej inteligencji? Jakie były stosunki np. z Siergiejem Kowa-liowem?

-      Spotykałem się z Kowaliowem. Otwarcie żadnej krytyki pod naszym adresem nie było. Ich interesowały sprawy związane z ochroną praw człowieka i z wolnością sumienia, a kwestia wolności wyznania - już nieco mniej. Naturalnie nie byli przeciw, ale twierdzili, że to już nasza, litewska sprawa.

Różnica między nami a nimi polegała też na tym, że w Moskwie ruch dysydencki obejmował małe grupy in­teligencji, a na Litwie - nawet ku naszemu zdumieniu -zbieraliśmy od tysiąca do stu tysięcy podpisów pod pety­cjami do władz z żądaniem wolności dla Kościoła. Był to więc ruch masowy.

-      A jaki był - przedstawiany otwarcie bądź wyczuwa­ny - ich stosunek do niepodległości Litwy?

-      Zasadniczo był pozytywny. Rozmowy dotyczyły tego, jak będą się kształtować stosunki między wolną Ro­sją i wolną Litwą.

-      Czy Rosjanie z Moskwy dużo pomogli „Kronice"? Na czym polegała ta współpraca, czy to był tylko fakt przekazy­wania materiałów dalej na Zachód, przez ambasady, czy też byli oni rzeczywiście duchem, przyjaźnią, związani z wami?

-   W czasie gdy ja byłem redaktorem „Kroniki", bardzo rzadko, jedynie w szczególnych przypadkach, korzystali­śmy z pomocy naszych przyjaciół w Moskwie. Głównym „kanałem przerzutu" materiału na Zachód byli Litwini z diaspory, odwiedzający Litwę jako turyści.

-      Interesuje mnie to, jak odbieraliście postawę Ojca Świętego? Czy w latach, gdy Ksiądz redagował „Kronikę", czuliście duchowe wsparcie ze strony papieża, ze strony Stolicy Apostolskiej?

-      Kiedy ogłoszono wynik konklawe, w tej napiętej sy­tuacji, w jakiej się znajdowaliśmy... zaskoczenie było duże. Pojawiło się pytanie, jak to teraz będzie?

Dla nas najważniejsze było, że podczas ingresu pierw­szy raz usłyszeliśmy zdania wypowiedziane po litewsku. Tym papież od razu nas ujął. A potem była ta wielka ini­cjatywa - rocznica śmierci św. Kazimierza. A potem rocz­nica chrztu Litwy - to już było wielkie wydarzenie.

„Kronika" pisała wcześniej o tych rocznicach. Gdy papież podjął inicjatywę zorganizowania ich obchodów w Rzymie, zrozumieliśmy, że pracujemy razem z Ojcem Świętym i że nasze plany są zgodne z jego wolą i dążeniami.

-      Jak to było? Co wiedziano na Litwie? Czy list papieża z okazji 600-lecia chrztu Litwy był znany?

-      Był znany dzięki Radiu Watykańskiemu. Były też życzenia na Boże Narodzenie i na Wielkanoc przez ra­dio - krótkie, ale po litewsku. Słuchaliśmy z uwagą tych słów.

Poza tym zmieniła się bardzo sytuacja związana z mianowaniem biskupów i administratorów apostol­skich. Pawłowi VI trudno było zrozumieć, co się dzieje na Litwie. Natomiast Jan Paweł II rozumiał to dobrze. Znał sytuację kraju rządzonego przez ateistyczną i komuni­styczną władzę. Kiedy posyłaliśmy jakąś informację w tej sprawie, wiedzieliśmy, że zostanie ona wzięta pod uwagę i że papież - również opierając się na własnych źródłach -znajdzie najlepsze rozwiązanie problemu i mianuje naj­lepszych możliwych kandydatów.

-       Czyli że nie będzie mianował kandydatów, co do któ­rych są podejrzenia o współpracę z KGB?

-       Byliśmy spokojni o to, że papież wybierze najlepsze rozwiązanie. Wiedzieliśmy, że on zna sytuację w krajach komunistycznych i wie, co robić.

-       Chciałem zadać trochę prowokacyjne pytanie: Czy „Kronika"podzieliła czy zjednoczyła Kościół na Litwie?

-       Naszym celem było m.in. pomagać tym, których KGB szantażowało. Chodziło głównie o kandydatów do seminarium. Dopiero gdy „Kronika" pojawiła się na forum międzynarodowym, można było jakoś walczyć z tym procederem. Administratorom diecezji też było lżej. Nie wszyscy byli sprzedawczykami, wielu nie chciało pracować w tej sowieckiej, ateistycznej machinie. A kie­dy pojawiła się „Kronika", mogli powiedzieć sowieckim dygnitarzom, że nie mogą tego zrobić, bo napisze o tym „Kronika". To było też dla nich wsparcie.

Na przykład, kiedy przyjechałem do bp. Povilioni-sa, administratora diecezji kowieńskiej po aresztowaniu ks. Svarinskasa, powiedział do mnie: „Błogosławię waszej pracy, dzięki wam jest nam lżej". Rzeczywiście, im wtedy było łatwiej przeciwstawiać się szantażom. Łatwiej było też tym kandydatom do seminarium, których zmuszano do podpisania „lojalki" i których straszono: „Jeśli nie podpi­szesz i nie będziesz z nami współpracował, nigdy nie zosta­niesz księdzem". Gdy już działało podziemne seminarium i ukazywała się „Kronika", to - jeśli tylko byli oni ludźmi odważnymi - mogli odpowiadać: „Zostanę księdzem na­wet bez waszego pozwolenia. A o waszych działaniach do­wiedzą się moi bliscy i opinia publiczna na Zachodzie".

 

Rozmawiał Paweł Wołowski Telsze, listopad 2003

 
 
  Sukurta padedant Arkivyskupui S.Tamkevičiui SJ & windows vista forum