gototopgototop
    
 
     
 
 
 
   
 
     
 
 
Kobieta to ciekawskie stworzenie Spausdinti El. paštas

Kobieta to ciekawskie stworzenie

Rozmowa z s. Nijolė Sadūnaitė

Nijolė Sadūnaitė, zakonnica kongregacji Naj­świętszej Niepokalanej Dziewicy Maryi, do której wstąpiła po ukończeniu szkoły średniej. Jako ukry­ta zakonnica („skrytka") pracowała m.in. w służbie zdrowia i opiekowała się dziećmi w żłobku i przed­szkolu. Związana z „Kroniką" niemal od początku jej istnienia, zajmowała się najpierw przepisywaniem czasopisma na maszynie. Przy tej czynności została aresztowana jesienią 1974 r. Proces przeciwko niej trwał do wiosny 1975 r. Została skazana na karę sześciu lat pozbawienia wolności - 3 lata łagru o za­ostrzonym rygorze i 3 lata zesłania. Z zesłania wy­syłała każdego dnia dziesiątki listów podtrzymują­cych na duchu towarzyszy-więźniów i przesyłała im paczki otrzymywane z zagranicy. Po odbyciu kary powróciła na Litwę i do „Kroniki": nadal zajmowała się przepisywaniem, redagowaniem oraz przekazy­waniem periodyku dysydentom w Moskwie w celu przemycenia go na Zachód. Od 1982 r., szczególnie dokładnie śledzona i nękana przez KGB, zaczęła się ukrywać. W 1987 r. aresztowano ją ze świeżo prze­pisanym kolejnym numerem „Kroniki", ale po prze­słuchaniu zwolniono.

Z powodu niezwykłej odwagi i bezkompromiso-wości znienawidzona przez część funkcjonariuszy KGB w Wilnie, którzy uznali ją za osobistego wroga. Kilka razy cudem uniknęła śmierci w zasadzkach. 23 sierpnia 1987 r. przemawiała na wiecu w Wilnie, zorganizowanym w celu przypomnienia tragicznej rocznicy podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow. Potem uczestniczyła także w innych masowych de­monstracjach na rzecz praw człowieka i niepodległo­ści Litwy.

Dzięki m.in. swym pamiętnikom z łagru i zesła­nia, opublikowanym na Zachodzie, stała się jedną z najbardziej znanych litewskich dysydentek. Dziś nadal świadczy codzienną pomoc dziesiątkom ludzi, pracując w wileńskim oddziale Caritas.

-       Jak to się w ogóle zaczęło z „Kroniką"?

-       Dowiedziałam się o „Kronice" od śp. kanonika Pe-trasa Raudysa, gdy opiekowałam się nim podczas choro­by. Potem w Wilnie mówił mi o niej ksiądz rekolekcjo­nista, Juozas Zdebskis. Był dla nas autorytetem, bo dwa razy siedział za to, że uczył dzieci religii. Któregoś dnia zapytał mnie: „Nijolė, nie chcesz popracować trochę z »Kroniką«?". „Oczywiście, że chcę, z radością!" „Ale pa­miętaj - mówi - jedyna zapłata to więzienie; więcej nic nie dostaniesz". A ja na to: „Ksiądz już dwa razy siedział, jedno licho. Ja jeszcze ani razu, to muszę zobaczyć, jak to jest". Kobieta to ciekawskie stworzenie.

-       Czym Siostra się zajmowała?

-       Moją funkcją przy pierwszym numerze było przepi­sywanie, potem fotografowanie, by można było mikrofilmy przekazać komuś z zagranicy. Zimą jeździliśmy do Moskwy. Pierwszy raz pojechałam z Tamkevićiusem. Ja wiozłam „Kronikę", on, redaktor, nie miał nic przy sobie. Jechaliśmy razem pociągiem, żebym wiedziała, jak potem sama mam dojechać, i by mógł poznać mnie z dysydentami, Rosjanami.

-       Jechaliście w tym samym przedziale?

-       Tak, ale udawaliśmy przed ludźmi, że się nie znamy. Po wyjściu z pociągu on szedł pierwszy, ja cztery kroki zanim - jak mnie złapią, to on ucieknie, a jeśli jego złapią, to ja zawrócę, a on przecież nic przy sobie nie ma...

Poznałam się z dysydentami - Walerijem Senderowem, Siergiejem Grigorjansem, Leną Sanikową. Wiedzieli już, że pracuję nad „Kroniką", więc potem, gdy była potrzeba, jeździłam sama. Robiły to też inne siostry.

Wspominam ten okres jako romantyczną przygodę: najpierw musiałam się przebrać, potem nałożyć perukę i makijaż - tak że znajomi mnie nie poznawali! Chodziło o to, że na peronie, na którym stawał pociąg relacji Wil-no-Moskwa czy Moskwa-Wilno, było mnóstwo KGB--istów. Robiliśmy wszystko, by ich zmylić. Dlatego często jeździłam do najbliższej miejscowości w obwodzie ka­liningradzkim, gdzie było mniej agentów. Ktoś kupował mi bilet i tam wsiadałam do pociągu. Albo jeździliśmy na Białoruś, żeby wsiąść do pociągu nie na Litwie, a stamtąd już do Moskwy.

 

- Czy Siostra zajmowała się zbieraniem informacji?

- Nie, sama specjalnie nie zbierałam, chyba że coś przypadkiem usłyszałam. A to dlatego, że już w 1970 r. zostałam namierzona przez KGB i często byłam śledzo­na przez trzech lub czterech mężczyzn. Dlaczego? Miało to związek z procesem ks. Antanasa Śeśkevićiusa, jezuity, który był sądzony za katechizację dzieci...

 

- ... któremu Siostra załatwiła adwokata.

- Tak. I wtedy trafiłam na przesłuchanie do KGB w Wilnie. Tam mnie pytali i straszyli więzieniem za to, że pomagam księdzu. Powiedziałam im wtenczas, że dobrze jest posiedzieć za Prawdę. I dostałam się na ich czarną listę.

Od tego momentu starałam się jak najmniej rzucać w oczy. Ograniczałam więc kontakty. Jeśli trzeba było pójść do redakcji, przebierałam się za babuleńkę, żeby zgubić „ogon" i by nie wiedzieli, gdzie pojechałam. Jeśli widziałam, że ich nie zgubiłam, jechałam gdzie indziej.

-       Gdzie Siostra wtedy mieszkała?

-       W Wilnie, z bratem.

-       Dlaczego z bratem, a nie w klasztorze?

-       Żeby siostry miały spokój. Starsze siostry były ner­wowe i bardzo to przeżywały. Niby popierały moje zaan­gażowanie, ale się bały. Razem z bratem mieliśmy trzy­pokojowe mieszkanie w bloku - po mamie, która zmarła w 1970 r. Brat nie był jeszcze żonaty. On miał swój pokój, ja swój. Podejmując współpracę z „Kroniką" wiedziałam, na co się decyduję. Jak mnie aresztują, to będą potem cią­gać siostry. Oni zresztą dużo wiedzieli. Po moim areszto­waniu przesłuchiwali także naszą przełożoną prowincjal-ną i inne siostry.

-       A wszystko to były starsze siostry, prawda? Czy Sio­stra jedna była młoda?

-       Nie, były też młode, nowicjuszki przed ślubami, ale one najmniej wiedziały. Byłam ostrożna, bo zdarzało się, że KGB-iści werbowali młode dziewczyny i posyłali je do klasztoru. U nas była taka jedna. Przyjechała z Syberii, była trochę psychicznie niezrównoważona. Biedna dziew­czyna. Potem wystąpiła z klasztoru. KGB-iści chwytali się różnych sposobów, by się dowiedzieć tego, co ich intere­sowało.

-       Podobnie robili to w kowieńskim seminarium, werbu­jąc księży i alumnów do współpracy.

-       Tak. Oni byli wszędzie, jak karaluchy... A jednak przegrali, chociaż mieli wszystko w swoich rękach. A my przecież jak dzieci, przedszkole jakieś: ani wiedzy nie mieliśmy, ani doświadczenia... Myślę, że to łaska Boża, że tak długo nam się udawało. To była dziecinna gra. Oni śmiali się z naszej konspiracji. A my - jak Dawid z Goliatem...

-      Rzeczywiście, to aż nie do pojęcia, że przez 17 lat przy bardzo skromnych środkach wychodzi pismo, którego cała machina KGB - centrala w Moskwie i oddział na Litwie -me jest w stanie rozpracować.

-      Tak było. Redakcja była u ks. Tamkevićiusa. On miał dwie czy trzy maszyny do pisania. Trzymał u sie­bie całe archiwum. Jeździłyśmy z s. Eleną Šuliauskaitė do miasteczka położonego 27 km od Kybartai, oddziel­nie i w przebraniu, umawiałyśmy się na wieczór u ja­kiegoś uczciwego człowieka i po zmierzchu przyjeżdżał ks. Tamkevićius. W jego samochodzie tylne siedzenie było wyjęte, kładłyśmy się na to miejsce. On obkładał nas brezentem, jakimiś workami, torebkami, na wierzch rzucał zakupy: bułki, ser, jakieś inne rzeczy. Pracował dużo z młodzieżą, często miał licznych gości i robił duże zakupy. Jechaliśmy. Zdarzyło się kiedyś, że zatrzymała go milicja, już pod Kybartai. Zażądali dokumentów. Jeden zajrzał do środka: „W porządku". A na dziedzińcu przed domem też panowie z KGB. Więc zajeżdżał od tyłu.

Schodziłyśmy prędko do piwnicy, której ściany były wyłożone poduszkami, żeby nie było słychać odgłosów stukania maszyn. Pierwszy egzemplarz powstawał na podstawie brudnopisów, z których czerpałyśmy infor­macje. Potem te papiery paliłyśmy. Było wiaderko, trochę benzyny, zapałki. Jeśli ktoś by chciał siłą się wedrzeć, mo­głyśmy, zanim wejdą, zniszczyć wszystko, żeby nie wpa­dło w ich ręce. Ale Pan Bóg tak chciał, że ani razu w piw­nicy nie było przeszukania. To cud.

Potem, na zesłaniu, otrzymywałam bardzo dużo li­stów od Ukraińców, Rosjan i Ormian. Pisali, że w Kijowie próbowali wydawać ukraińską „Kronikę". Wydali tylko dwa czy trzy numery i zostali nakryci. Ormianie wydali w konspiracji parę numerów... Pan Bóg tak chciał, że na­sza „Kronika", która powstała jako pierwsza, wychodziła najdłużej.

- Jak doszło do aresztowania Siostry?

- To było bardzo proste. Nie wiedziałam, że moja są­siadka, nauczycielka, była zwerbowana. Mieszkaliśmy z bratem w bloku - tzw. chruszczowce. Mój pokój przy­legał do jej mieszkania. Bronia, z którą teraz miesz­kam, dyktowała mi, a ja byłam blisko ściany, przez którą wszystko było słychać. Mimo że włączyłam radio, sąsiad­ka usłyszała stuk maszyny i zadzwoniła do KGB. Ona wiedziała, że brat poszedł do lekarza, a ja z Bronią weszły-śmy do mieszkania, bo spotkałam ją na klatce, chwilę po tym, gdy minęłam się z bratem. Powiedział, że idzie do przychodni. Ona to widziała i słyszała.

To był pierwszy raz, gdy przepisywałam „Kronikę" na maszynie w domu. Gdy ta sąsiadka usłyszała jak pracu­jemy i na domiar złego z tekstu zorientowała się, że prze­pisujemy „Kronikę", zadzwoniła do KGB. Przyjechali. Zaszli do niej, jeżeli będą włamywać się lub dzwonić, ja mogę to przecież zniszczyć, spalić. Posłali ją do brata do przychodni, żeby zapytała go, czy będzie wracał do domu. Brat mówi, że poczeka aż lekarz go przyjmie. Opowiadał, że przybiegła zdyszana i pytała: „Czy pójdziesz do domu?". A my nie byliśmy zbyt zaprzyjaźnieni. „A pani chce do lekarza? - zapytał. - Proszę, ja panią przepuszczę". „Nie, nie trzeba". „No dobrze, pójdę do domu". I ona przyleciała, i powiedziała że brat już idzie. KGB-iści się zaczaili. Gdy tylko otworzył drzwi, wpadli za nim i rzucili się do po­koju po prawej, był to pokój brata - tam najpierw zajrzeli, po lewej mamusi, a za nim był mój, najmniejszy. I w tym małym pokoju my byłyśmy.

Nie usłyszałyśmy, jak wdarli się do mieszkania, bo drzwi były zamknięte i grało radio. Piłyśmy spokojnie kefir, zagryzałyśmy bułką. Bronia siedziała na kanapie, ja za maszyną. Trzy strony jedenastego numeru „Kro­niki" były już przepisane. Brat potem opowiadał, że oni wskoczyli, patrzą a tu nikogo nie ma, jego pokój pusty, następny pusty, dopiero potem zobaczyli jeszcze jed­ne drzwi i dwóch czy trzech wpadło przez nie z krzy­kiem. Zobaczywszy, że siedzę przy maszynie, trzymam szklankę, krzyczą: „Ręce do góry! Stój! Nie ruszać się!". A ja jakby nigdy nic: „A wy co, bombę atomową zoba­czyliście, że tak krzyczycie?" Zabrzmiało to tak żar­tobliwie, że Bronia pomyślała, że to moi koledzy. I że chcę ją przestraszyć. I pyta: „A jak wam się udało tutaj wejść?". Wtedy powiedzieli, że są z KGB, że będzie prze­szukanie. Kazali nam stanąć w rogu pokoju. „Nie ruszać się z miejsca! Oddawajcie wszystko, co antysowieckie!" A my na to: „Wy róbcie swoje, a my odmówimy róża­niec". I stojąc spokojnie, zaczęłyśmy się modlić. Oni kontynuowali przeszukanie. Nagle patrzę, a oni wzię­li moje listy. Dopiero co przyszły trzy listy i wszystkie leżały na stoliku. Na jednym z nich był adres zwrotny pewnej bibliotekarki. Pomyślałam, że jeśli przeczytają ten adres, to przyczepią się do niej i skonfiskują jej bi­bliotekę. Gdy podczas rewizji znajdowali coś ich intere­sującego - wszystko jedno co - chowali w worki i wy­wozili. Bezpowrotnie.

Zdecydowałam się w okamgnieniu. Gdy wypowie­działam swoje „Amen" po modlitwie - a Bronia zaczę­ła już „Zdrowaś" - jak tygrys rzuciłam się do przodu, wyrwałam im te listy, i do drzwi. Podarłam na strzępy, a potem - myk do toalety i spuściłam wodę. A ich było czternastu w całym domu. Zbiegli się wszyscy w przed­pokoju i w krzyk: „Wyrzucić ją stąd!". A ja pomyślałam: teraz możecie już wywieźć wszystko, nic nie znajdziecie. Ja wszystko niszczyłam, nic nie trzymałam w domu, ani adresów, ani telefonów, ani żadnych kontaktów. Nawet nazwisk nie znałam, żeby nie pamiętać. Tylko imiona. Adresów nie znałam, tylko numery domów. Na wypa­dek, gdyby mnie torturowali, albo nafaszerowali jakimiś narkotykami, aby odłączyć zmysł krytyczny. A wtedy co wiesz, to i powiesz. W 1988 r. dali mi takie proszki, ks. Tamkevićiusa też tym nakarmili, i uratowało mnie to, że nazwisk nie znałam.

 

- Potem był areszt w KGB.

- Ppłk Petruśkevićius od razu mi powiedział, że jeżeli wyjawię, kto mi dał „Kronikę", to puszczą mnie wolno do domu. Odpowiedziałam mu, że w ogóle z nimi nie będę rozmawiać, dlatego że to oni popełniają przestępstwo, są winni, gdyż łamią sowiecką konstytucję, gwarantującą równe prawa dla wierzących i niewierzących. To nie my jesteśmy przestępcami, a oni. I ja palcem nie kiwnę, by im pomóc w tej działalności przestępczej. W tej sprawie nie będę składać żadnych zeznań.

No i zaczęło się... Męczyli mnie pół roku, a śledczy zmieniali się dwa razy; najpierw był ten ppłk Petruśke-vićius, potem mjr Rimkus - naczelnik oddziału KGB, potem Kaźys - stalinowiec. Grozili, że mnie zamkną w szpitalu psychiatrycznym, gdzie będzie sto razy strasz­niej niż w więzieniu. W końcu miałam tego dość i napi­sałam protest, że śledczy KGB są moralnymi oprawcami; jeżeli jestem chora, to niech mnie leczą, a nie straszą, a gdyby wierzyli, że jestem chora, dawno by mnie za­mknęli.

-       Czy w czasie śledztwa, tego aresztu przed rozprawą sądową, był możliwy jakikolwiek kontakt z bliskimi, z ro­dziną, czy można było przekazywać korespondencję?

-       Nie, w żadnym razie.

-       Czyli człowiek był całkowicie odcięty od świata?

-       Zupełnie. Jedynie, jeśli nie naruszało się regulaminu, ktoś z najbliższych mógł raz na miesiąc przynieść pięć ki­logramów artykułów spożywczych: chleb, coś z produk­tów mięsnych, nabiał. Ewentualnie, jeśli zaskarbiłeś sobie przychylność śledczych, to mogłeś poprosić przez nich o jakieś ubrania. Podczas śledztwa człowiek nosił swoje ubranie, więc jeśli aresztowali latem, a trzymali do zimy, to zgadzali się, by przynieść ciepłe ubranie. Ja dostałam ciepłe ubranie z zewnątrz.

-       Kiedy po raz pierwszy czytałem Siostry mowę przed sądem w Wilnie, zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Przy­wodziła mi na myśl mowę obrończą św. Pawła. Jednocze­śnie świadczyła o tym, że stosunkowo dobrze orientowała się Siostra w prawie sowieckim, w tym chociażby, że jeżeli posiedzenie jest niejawne, to świadków nie można wypro­wadzać przed zakończeniem procesu. Skąd Siostra to wie­działa?

-       Przed moim procesem były już podobne postępowa­nia. Sądzili ks. Zdebskisa i Šeśkevićiusa. Też wszystkich wypędzili z sali posiedzeń. Pisaliśmy w „Kronice", że oni naruszają własne prawo. A mianowicie: jeżeli rozprawa jest jawna, to musi być jawna dla całego narodu, a jeżeli zamknięta, to wtedy muszą być świadkowie.

W czasie procesu zrezygnowałam z adwokata i bro­niłam się sama. Uznałam, że adwokatem będę sama dla siebie, bo prawda broni się sama. Poza tym, w sowieckim sądzie adwokat to drugi prokurator. Na co mi taki?

- Czy Siostra napisała wcześniej tę przemowę?

-   Tak. I chciałam przekazać ją na zewnątrz, żeby wy­drukowali w „Kronice".

Pilnowało nas zawsze trzech żołnierzy na korytarzu, kolejno się zmieniając. W większości byli to Rosjanie, we wszystkich zmianach był tylko jeden Litwin. Zły człowiek. Jednym z Rosjan był Grisza, taki milczący. Pomyślałam, że nic nie stracę, jeśli spróbuję przez tego Griszę wysłać list do Broni. On wiedział, że jak usłuży takiej jak ja, do­stanie piętnaście lat więzienia, a może nawet pobiją go na śmierć! Na 99 procent byłam przekonana, że nie wrzuci listu do skrzynki, ale może ten jeden procent zaważy? Niestety, postąpił zgodnie z regulaminem.

Kiedy przywieziono mnie do sądu, patrzę, a prokura­tor trzyma ten list w ręce. I mówi mi na samym początku rozprawy, że mamy rok 1975 - rok poświęcony kobiecie -że ja nic złego nie zrobiłam i jeżeli dzisiaj nie będę mówić tego, co zamierzałam, oni puszczą mnie wolno. Ależ oni musieli się bać!

- Czego się obawiali?

-   Bali się, że ta ostra mowa przedostanie się na Zachód, bo wtedy dostaliby naganę z Moskwy. Wytyczne z centra­li były takie: sądzić bez rozgłosu, żeby Zachód nic o tym nie wiedział. Oni myśleli: wiedźma jedna, kto ją tam wie, a niech no ona gdzieś tam się wychyli? Z tą propozycją wolności w zamian za rezygnację z mowy obrończej to było kłamstwo. Gdybym milczała, oni by mnie i tak są­dzili, może dostałabym tylko lżejszy wyrok.

Zarzucono mi, że wystąpiłam przeciw władzy sowiec­kiej. Odpowiedziałam, że nie zamierzam spekulować własnym sumieniem i powiem, co mam do powiedzenia. Zaczęłam od tego, że kocham ich jak braci, i że za każde­go mogłabym oddać życie, ale jeśli trzeba im powiedzieć prawdę - powiem ją. Wszak prawdę ma prawo mówić ten, kto kocha. A potem poleciałam ostro: że są gorsi od mor­derców, bo zabijają to, co dla człowieka najcenniejsze -prawdę i nadzieję; że kłamstwo to ich chleb powszedni...

Siedzieli jak trusie. A potem żołnierze z ochrony, Rosja­nie, którzy nie rozumieli po litewsku, pytali mnie podczas przerwy: „Co ty tam mówiłaś? Już dwa lata tu pracujemy, a takiego sądu nie widzieliśmy. To ty byłaś prokuratorem, a oni siedzieli jak skazańcy". Więc im krótko wyłożyłam. „Oj, dostaniesz ty za swoje!" - skwitowali.

Pan Bóg wybiera najprostszego człowieka, by tym, któ­rzy myślą, że trzymają wszystko w garści, całą siłę i mą­drość, pokazać, że On jest mocniejszy. W czasie śledztwa mówiłam: „Milion takich jak wy w porównaniu z Panem Bogiem to zero. On jest z nami wszędzie. Myślicie, że rzą­dzicie, a tak naprawdę nie macie żadnej władzy. Rządzi Pan Bóg. I będzie tak, jak On postanowi".

-       A czy zna Siostra przypadek, by któryś z tych KGB--istów, sędziów czy może prokuratorów nawrócił się?

-       Nie. Ale nieustannie modlę się, żeby Pan Bóg dał im tę łaskę choć w godzinie śmierci, kiedy człowiek jest już u kresu, kiedy już się nie boi... Ja im w oczy mówi­łam: „Wy jesteście w szatańskiej mafii". A KGB-ista na to z wściekłością: „Ja jestem diabłem?". „Nie, ale służysz dia­błu. Kłamstwo i przemoc to broń szatana".

-       Czy oni wiedzieli, że Siostra jest zakonnicę?

-       Wiedzieli.

 

- Jeżeli ktoś mówi tak ostro, zarzuca kłamstwo, mówi, że służą diabłu, to wyzwala straszną agresję w tych lu­dziach... Gdyby to mówił mężczyzna, to by mu nie uszło na sucho...

-      Oni dużo by dali za to, żebym nie wróciła. W cza­sie śledztwa w latach 1974-1975, zakatować to już może nie za bardzo chcieli, czasy były inne. Ale po wyroku mi powiedzieli, że nie wrócę już na Litwę, że to będzie mój koniec. I usiłowali spełnić swoją groźbę.

-      W czasie zesłania?

-      Podczas zesłania i po wyjściu na wolność - już w Wilnie. W 1988 r. napadli mnie na ulicy i ciężko pobili. Chcieli mnie zmusić do wyjazdu za granicę. Moim bied­nym braciom KGB-istom dostawało się za mnie z Moskwy i to nieźle: majorom gwiazdki rwali z epoletów, a wszystko dlatego, że dopuścili do rozpowszechnienia tego, co mó­wiłam w sądzie. Już niecały miesiąc po osadzeniu mnie w łagrze o zaostrzonym reżimie dla kobiet w Mordwinii11, Radio Watykańskie i Wolna Europa nadały to wszystko, co mówiłam w sądzie. Na zamkniętej rozprawie. I bomba wybuchła...

-      Jak to się przedostało na zewnątrz?

-      Udało mi się to przekazać z jednego z etapów. Moja droga do obozu prowadziła przez sześć więzień, w mie­ście Gorki wrzucili nas do jednego wielkiego pomieszcze­nia razem z kryminalistami. Od nich dostałam maleńki ołówek i skrawki papieru.

Na następnym etapie trzymali mnie, dzięki Bogu, w pojedynczej celi dla skazanych na śmierć. Było tam jed­no żelazne łóżko przymocowane na stałe. Leżałam sobie na tym łóżku na brzuchu i przeglądałam gazetę (bo ga­zety dawali w więzieniach, które były etapami w drodze

11 Mordwa, Mordowija - Mordwińska Autonomiczna Socjalistyczna Republi­ka Radziecka w płd.-zach. części Rosji, główne miasto - Sarańsk, m.in. na jej terenie były usytuowane łagry.

do Mordwinii). Nie było wykładzin, tak jak w Wilnie, które tłumiłyby kroki żołnierza, gdy zbliżał się do wizje­ra, więc jak on po tym cemencie podchodził, udawałam, że czytam. Gdy tylko odchodził - chwytałam za ołówek i pisałam. Wszystko, co mówiłam w sądzie, udało mi się odtworzyć. I jak to się stało, że przy kolejnych rewizjach nie znaleźli przy mnie niczego - Pan Bóg jeden wie. Nie miałam jednak koperty ani znaczka.

W którymś z kolei więzieniu, może już czwartym po drodze, posadzili mnie z pewną Cyganką. Byłyśmy po­dobnego wzrostu, a ja miałam dobre ciuchy. Wiedziałam, że w łagrze dadzą wszystkim jednakowe pasiaki, więc mówię tej Cyganeczce: „Chcesz, to wybieraj, co tobie po­trzebne". Sobie najgorsze zostawiłam. A ona wtedy pyta, jak może mi się odwdzięczyć. „Mnie nic - mówię - w za­mian nie trzeba". I nagle myśl mnie naszła: „A w Wil­nie masz jakichś znajomych?". „Mnóstwo" - odpowiada. A ja wiedziałam, że korespondencja tych, którzy pracowali z „Kroniką", lub byli o to podejrzani, była kontrolowana. Wszystkie listy, które przychodziły na ten adres, trafiały w ręce KGB. I pisać do tych ludzi, to jakby pisać do KGB. A jeśli do jakiejś babci na wieś zaadresować, to, biedna, nie będzie wiedziała, co z tym zrobić. Nie było do kogo pi­sać. Wszyscy byli pod obserwacją. Dlatego, jak ona powie­działa, że zna Cyganów w Wilnie - a Cyganie to głównie zwykli kryminaliści, złodzieje, mają częściej do czynienia z milicją, niż z KGB, które się ich nie czepia, gdyż w po­litykę się nie mieszają, religii nie bronią - mówię jej: „Je­żeli może mi Pani napisać na swojej kopercie adres jakiejś znajomej lub znajomego w Wilnie i swoją ręką dopisać na kartce, żeby ten człowiek, gdy dostanie ten list, odniósł go osobiście i oddał do rąk własnych adresata..." A adresa­tem moim była pewna lekarka, pani Jadwiga, bardzo reli­gijna kobieta. Znała Bronię, mnie znała z widzenia, ale nie pracowała dla „Kroniki". Nie przypuszczałam wówczas, że ona też była śledzona, że robili u niej rewizję. Tak więc napisałam w liście jej adres i uprzedziłam, że ten człowiek, okazało się Cygan, dostarczy jej list. Cyganka napisała ad­res, i notatkę od siebie do znajomego. Swojego adresu nie podała, ja też nie chciałam jej w to bardziej angażować. W razie czego ona będzie niewinna. Resztę wzięłam na siebie. Zaraz zresztą opuściła celę, zostałam sama.

Codziennie w więzieniu był półgodzinny spacer, i za­wsze trzech żołnierzy mnie wyprowadzało, a pewnego razu przyszedł jeden i mówi, że reszta poszła na piwo. To był komsomolec, Rosjanin. Nie miałam nic do stracenia, zapytałam, czy może wysłać mi ten list? Zgodził się. Wie­działam, czym ryzykował. Ten Grisza, na Litwie, oddał list KGB i ten też może tak zrobić. A wtedy dostanie urlop i coś tam jeszcze. Modliłam się do Pana Boga (On chyba miał ze mną dużo kłopotów): „Panie Boże, jeżeli to Ko­ściołowi, ludziom ma służyć, to Ty to sprawisz. A jeżeli nie, to mi też tego nie trzeba. Ty jesteś Wszechmogący, ja nic bez Ciebie nie mogę. Co jestem w stanie, to i czynię, a dalej już Wola Twoja". I ten człowiek, okazuje się, wrzu­cił list do skrzynki.

Potem pani Jadwiga opowiadała mi, jak to pewnego wieczora, gdy kładła się już spać - a mieszkała wtedy ze starymi, schorowanymi rodzicami - nagle dzwonek do drzwi. Patrzy, a tam Cygan stoi. Podsuwa jej list. Pomy­ślała, że to prowokacja. „Nie - mówi - ja z Cyganami nie mam nic wspólnego". I zamyka drzwi. A ten wciska jej list: „Patrz, co tam napisane". Poznała mój charakter pi­sma, cap za kopertę, podziękowała, drzwi zamknęła. Gdy tylko przeczytała, prędko chwyciła palto i pobiegła pę­dem do Broni. Oddała jej list. Bronia szybko przekaza­ła komu trzeba. W „Kronice" zaraz wydrukowali to, co napisałam, zrobili zdjęcie. Bardzo szybko to wszystko się

potoczyło - tak Pan Bóg dopuścił. I przez radio już prze­kazują, co Nijolė mówiła w sądzie.

Jak nie przylecą z Moskwy KGB-iści, jak do naszych tutaj nie doskoczą: „Wy, swołocz, wy macie sądzić, a nie rozgłaszać po całym świecie!". Jeden o mało zawału nie dostał. Innego zasłużonego czekistę w randze majora zde­gradowali. Oj, poleciały głowy na górze...

-       No trudno, służba nie drużba.

-       Biedni byli. I za to, że kosztowałam ich miliony, oni chętnie by się mnie pozbyli z Litwy. Kilka razy próbowali, po raz ostatni 5 lutego 1988 r. Pobili mnie wtedy na uli­cy. Przyjechali za mną do Ostrej Bramy, gdzie byłam na mszy o 10.00. To była akurat rocznica śmierci ks. Zdeb-skisa. Chciałam pojechać na jego grób, ale jakoś nie do­gadałam się z ludźmi, którzy mieli mnie podwieźć i chy­ba dobrze się stało, bo KGB mogło upozorować wypadek i ktoś mógłby zginąć za mnie. Wyszłam z kościoła o 11.00. Ci KGB-iści, którzy mnie śledzili, czekali na mnie w sa­mochodach: jeden przy bramie, żeby widzieć jak będę wy­chodziła, a drugi przy kościele św. Teresy.

-       Siostra widziała, że oni tam stoją?

-       Tak, widziałam. A ja z kościoła wyszłam prosto w kierunku św. Anny, miałam zanieść lekarstwo pew­nej chorej osobie. Idę, za mną sunie samochód, a w nim trzech mężczyzn zajada się kanapkami. Na ulicy pełno ludzi, Polaków. I ja uśmiechnęłam się. Jeden z nich, ten, który mnie potem bił - widocznie był pod wpływem ja­kiegoś narkotyku - wyskoczył z samochodu, w czarnej skórzanej kurtce, ze strasznym wyrazem twarzy, mętnym wzrokiem... Ci, którzy bili demonstrantów, też byli pod wpływem narkotyków. I wtedy on krzyknął, choć wokół było mnóstwo ludzi: „A ty co, życie ci niemiłe? Zatłukę!".

- Krzyczał po rosyjsku?

-   Po rosyjsku. „A to co za dziwo?" - myślę. Nigdy w ży­ciu nie widziałam, żeby śledzący tak się zachowywali. Widzę, że on taki jakiś nieswój, nienormalny. Odpowiedziałam tylko: „Jeszcze nie ma takiego prawa, które zabraniałoby się uśmiechać". I znowu się uśmiechnęłam. Myślę: „Już więcej nie będę z nimi rozmawiać". I odeszłam. A on po­szedł za mną i dwóch pozostałych też. Po drodze jeszcze siostrę zakonną spotkałam, ona chwyciła mnie pod rękę, bo ją noga bolała, i szepcze mi do ucha: „Ktoś nas śledzi!".

Weszłyśmy już w takie ciche uliczki i gdy kwadrans po jedenastej dotarłyśmy do ulicy Maironisa, przy cerkwi, było puściusieńko, ani żywej duszy. I nagle słyszę, że oni podbiegają. Poczułam silne uderzenie. Upadłam na zie­mię, a ten drugi krzyczy: „Dawajcie samochód". Od razu stanął mi przed oczami obraz ks. Popiełuszki.

Chwilę potem zobaczyłam inny czerwony samo­chód, a w nim dwóch mężczyzn. Patrzę - to nie tamci. W tym momencie KGB-iści wzięli nogi za pas i biegiem do św. Anny. A z tego samochodu wyskoczył młody czło­wiek i po rosyjsku pyta: „Co się stało? My widzieliśmy, jak spokojnie siostra szła, a oni zaszli od tyłu i zaczęli bić. Co to ma znaczyć?". A ja na to: „Pieriestrojka". A on: „Spie­szymy się na dworzec, ale proszę zapisać numer naszego samochodu, jeśli trzeba będzie, będziemy świadkami". Jacy mi tam świadkowie potrzebni? Jak KGB działa, to już żaden sąd nic nie może.

 

- Siostra szczęśliwie nie straciła świadomości?

-   Nie. Potem profesor, który mi operował wyrostek mówił, że mam naruszone organy wewnętrzne. Ale wten­czas, chociaż bolało, nie poszłam do lekarza, bo to było by im na rękę. Pójdziesz do szpitala, a tam już zrobią, co trzeba. I tak, 5 lutego mnie pobili, a jedenaście dni póź­niej zabrali mnie z pracy. To był 1988 r. i wszystko jeszcze było w ich rękach. 16 lutego mamy Dzień Niepodległości i tego dnia w Wilnie miała się odbyć demonstracja. Gdy mnie przywieźli do swej siedziby, było tam wielu star­szych rangą KGB-istów, którzy najwyraźniej zastanawiali się, co zrobić, by tym durniom wybić z głowy demonstra­cję. I przed takie audytorium mnie zaprowadzono. W ga­binecie gen. Eismantasa było sześciu starszych z KGB. Je­den z nich, jak tylko mnie zobaczył, krzyknął: „Wynoś się z Litwy gdzie chcesz, miliony nas kosztowałaś!".

-      Jak to rozumieć?

-      Wróciłam na Litwę w lipcu 1980 r. W 1982 r. chcieli zwerbować mojego brata, bardzo go tam męczyli, całą dobę trzymali w KGB, straszyli, z pracy wyrzucili, a kie­dy się nie zgodził, zamknęli go w szpitalu psychiatrycz­nym. To było 12 listopada. A kiedy poszłam go odwie­dzić, doktorka wsiadła na mnie: „Won stąd!" Ta lekarka też była z KGB. I ja od razu wyszłam. Wtedy ona złożyła zażalenie do KGB i do prokuratury, że ja jakoby jej ubli­żyłam. I za chuligaństwo dostałam dwa lata. Pan Bóg tak dał, że się z ich rąk wywinęłam i przez ponad pięć lat pracowałam w podziemiu. Ukrywałam się, a oni szukali mnie po całym kraju, rozsyłali listy gończe. Samochód osobowy obiecywali w nagrodę za informację o miej­scu mojego pobytu. A ja z Wilna znowu „Kronikę" do Moskwy woziłam. Dlatego mówili, że kosztowałam ich miliony.

A teraz: „Wynocha". A ja na to: „Ja nie chcę wyjechać z Litwy". „A co chcesz?" „Do więzienia chcę iść". A oni zdziwieni: „A po co ty do więzienia?" „Ja was, bracia, bardzo kocham - odpowiadam. - Co ja będę u Pana Boga bez was robić? Chcę być z wami. Ale wasze sumienie nie­czyste. Trzeba by za was odpokutować. A ja sangwinik, na wolności pokutować nie umiem. A tam, bywało, parę miesięcy bez powietrza, bez słoneczka, bez źdźbła trawy. Wiem, malutka ta ofiara w porównaniu z wielkim cierpie­niem Pana Jezusa, On na krzyżu umarł i za mnie, i za was. On was kocha tak samo jak mnie, bezgranicznie, a wtedy wszyscy pójdziemy do Niego".

Jak z początku było ich wielu, tak w minutę się roz­pierzchli. Nerwy im puściły. Niedoczekanie! Baba chce do więzienia, żeby ich zbawić! Był tam taki młody ma­jor, rocznik 1957, a w 1988 już major KGB. Trochę się ją­kał: „Nie boisz się, że zginiesz pod kołami samochodu jak ks. Laurinavićius?" - zapytał.

A z ks. Laurinavićiusem było tak: W Wilnie wezwali go do KGB. To był święty człowiek, straszyli go, a on się nie bał. Pewnego dnia przy kinie „Rodina" stał na czer­wonym świetle. Są świadkowie, którzy widzieli, jak na pasy wjechał samochód, z którego wyskoczyło dwóch mężczyzn i uderzyło go w plecy! Czapka spadła mu z gło­wy, torba wyleciała z rąk, a on zwalił się pod samochód, który przejechał po nim i wlókł go 12 metrów. A potem mówili, że był pijany i wpadł pod samochód.

I mnie też tak straszą, czy nie boję się, że zginę tak samo jak ten ksiądz? Ja mówię, że wcale się nie boję. Jaka różnica gdzie się umiera, czy w łóżku, czy pod kołami? Ważne, żeby sumienie było czyste... Oni wszystkich brali na strach. Ci, którzy zlękli się, to nawet jeśli nie poszli na współpracę, siedzieli już cicho. A czasami dawali się jesz­cze zwerbować.

Spośród ludzi cieszących się jakimś autorytetem - bi­skupów, księży, nauczycieli - skazywano co trzeciego na długie więzienie po to tylko, by ich jeszcze zwerbować, aby Kościół od wewnątrz niszczyli. Służyli KGB, nawet jeśli pod presją, to z obawy o własną skórę. I do tej pory tak jest.

-      Czy z czasów więzienia, obozu czy zesłania zostały Siostrze w pamięci sytuacje, gdy doświadczyła Siostra zła działającego w człowieku lub przez człowieka?

-      Jak mnie wywozili z Litwy do łagru w Mordwinii, ostrzegali: „Pożegnaj się z Litwą, bo jej więcej nie zoba­czysz. Zniszczymy ciebie". Ja zawsze byłam spokojna, wie­działam, że jestem w rękach Pana Boga, co On zechce, to i będzie. W więzieniu jak w więzieniu, nic takiego mnie nie spotkało. Ale gdy odwieziono mnie do Krasnojarska na trzyletnie zesłanie, wtedy już widocznie KGB wydało polecenie, żebym stamtąd nie wróciła.

Dołączyli mnie do grupy ośmiu czy dziewięciu męż­czyzn, alkoholików, skazanych za niepłacenie alimentów. Oni byli skazywani na pracę przymusową na Syberii, aż do czasu, gdy spłacą alimenty. I był taki pomysł, żeby nas, cały ten harem, jak go nazywam, odwieźć do Bogu-czan, 400 km na północ od Krasnojarska, gdzie transport już nie dochodził, gdzie można się dostać tylko samolo­tem. Dalej samochodem 70 km w głąb tajgi. Był wrzesień 1977 r. A w tajdze, jak oni sami mówili, wilk jest adwo­katem, a niedźwiedź prokuratorem. Co chcieli, to robili. I mieli nas wszystkich odwieźć do tego lasu.

Jak znaleźliśmy się na posterunku milicji, okazało się, że samochód, którym mieliśmy jechać, popsuł się. Mu­sieliśmy poczekać do rana. Był bardzo ładny słoneczny dzień, tajga mieniła się jesiennymi kolorami, a Angara taka szeroka. Do tej pory tylko więzienie, a tu przestrzeń, tajga, barwy. I pomyślałam, że wszystko w rękach Pana Boga. Ja nic nie rozumiem, przywieźli, nie mówią, co bę­dzie dalej, siedzimy jak koty w worku... A była tam kobie­ta, która sprzątała na posterunku i ona oburzyła się: „Jak to, kobieta ma nocować z kryminalistami?". Poszła do na­czelnika z pytaniem, czy ja nie mogłabym u niej przeno­cować. A ta kobieta mieszkała naprzeciwko posterunku.

Naczelnik się zgodził, ale o 9.00 rano kazał stawić się na milicji. Poszłam do niej, ugościła mnie, umyłam się, a gdy usiadłyśmy przy stole, powiedziała: „Za co tobie taka kara, przecież ci bandyci ciebie zabiją". Wtenczas przypomnia­łam sobie, jak mi mówili, że nie wrócę na Litwę.

Kobieta mówi, że w pobliskiej szkole podstawowej, gdzie pracuje, brakuje sześciu woźnych. Szkoła była duża, dwupiętrowa, a one tylko dwie, bo inne wyrzucono za pi­jaństwo. Tam ludzie strasznie pili. Od 19 dni trwa nowy rok szkolny. A wtedy akurat przyszła jej znajoma, która też tam pracowała. To było małe dziesięciotysięczne mia­steczko. Ona mówi, że pracuje na dwa i pół etatu, a płacą jej za półtora. I że następnego dnia zaprowadzi mnie do kadrowej i zagrozi, że jeśli tamta mnie nie przyjmie, to ona też zrezygnuje z pracy Napisałam podanie, poszły­śmy rano. O nic mnie nie pytali, powiedzieli, że od zaraz mogę pracować. Pomyślałam, że muszę to jeszcze załatwić z naczelnikiem milicji. I wtedy natknęłam się na dyrekto­ra. Taki młody sympatyczny człowiek. Mówię mu, co i jak, że chciałabym tu pracować, ale że jestem więźniem po­litycznym. On się zdziwił: „Jak to, u nas takich nie ma!". Trochę się zląkł i poprosił, bym na niego poczekała, a da mi odpowiedź. Pobiegł na milicję, dowiedzieć się, co ze mnie za człowiek, czy potem nie będzie miał z tego powo­du kłopotów. Tam trafił akurat na inspektora odpowie­dzialnego za zesłańców i zaczęli czytać mój życiorys: trzy lata łagru, trzy lata zsyłki za litewską katolicką „Kronikę". „O, to musi być dobry człowiek, na pewno nie pije. Bierz ją..." I od tego dnia zaczęłam pracować. (...)

Późnym wieczorem, gdy już pracowałam, tych skaza­nych mężczyzn wywieziono do tajgi. Po drodze, w jakiejś wiosce, sprzedali swoje ubrania za samogon. I pili tam w lesie. I wywiązała się walka - jednego zabili, drugi miał pęknięcie czaszki, jeszcze inny połamane żebra. Przy­wieźli ich do szpitala w Boguczanach. Poszłam ich odwie­dzić, a oni mówią: „Miałaś wielkie szczęście, bo gdybyś z nami pojechała, to jednej nocy byś nie przeżyła. My tam, jak już się napiliśmy, to tak do białego dnia, a w gorączce nie wiedzieliśmy co robimy".

Czuwała nade mną ręka Pana Boga, zawsze znajdował się ktoś, kto pomógł, tak że włos z głowy mi nie spadł. A okazji było naprawdę wiele.

-      Czy między momentem uwięzienia w 1974 a momen­tem powrotu w 1980 r., widoczna była jakaś zmiana? Czy katolicy na Litwie stali się śmielsi?

-      Tak, była. KGB myślało, że przestraszy ludzi, że księ­ża odstąpią od katechizacji, a tu - na odwrót. Księża na­brali ducha, sumienie się odezwało: „Jak to! Inni siedzą w więzieniu, a ja nic nie robię?" I stali się śmielsi. Ci, któ­rzy przed aresztowaniami bali się pracować z dziećmi, po każdym kolejnym stawali się odważniejsi. Sumienie mówi­ło ludziom: nie lękaj się, zobacz, wrócił, dalej pracuje. To była łaska Boża, że każdy z męczenników - a było ich na Litwie dużo - wypraszał łaskę dla tych, którzy byli mniej odważni. Ofiara dodaje odwagi tym, którzy się wahają.

Ruch stawał się coraz silniejszy, wystosowywano pety­cje z setkami tysięcy podpisów o zaprzestanie aresztowań, o niezamykanie kościołów. I ludzie już się nie bali.

 

- Czy zaistniałe zmiany to była też zasługa „Kroniki"?

-      Bardzo duża. Dlatego, że ludzie już czuli jawność. Nawet ci, którzy pracowali z KGB bali się, że wpadną: na­uczyciele prześladujący dzieci idące do kościoła, wyśmie­wający je przy klasie, ciągający za włosy...

-      Poczuli niebezpieczeństwo, że powiedzą o nich w Ra­diu Watykańskim?

-I že napiszą o tym w „Kronice", a to wszystko idzie na całą Litwę; a może też jakiś krewny za granicą się do­wie, to przecież wstyd! Każdy przestępca woli czynić zło w ciemności, gdy nikt nie słyszy, nikt nie widzi. A jak tyl­ko głasnost' nastąpiła, nauczyciele zaczęli mniej prześla­dować i sami KGB-iści byli bardziej ostrożni. Powoli za­częło się żyć lżej, ale system ciągle działał, choć zmieniły się metody. Było mniej aresztowań, ale mnożyły się wy­bryki chuligańskie, wypadki samochodowe, przybywało pacjentów w szpitalach psychiatrycznych.

12 Jurij Andropow (1914-1984), polityk sowiecki. M.in. jako ambasador na Węgrzech odegrał kluczową rolę w zdławieniu powstania w 1956 r.; od 1967 r. szef KGB; po śmierci Breżniewa (1982) sekretarz generalny KPZR, a od 1983 r. przewodniczący Prezydium Rady Najwyższej.

-      A czy miało znaczenie dla Kościoła na Litwie to, że Karol Wojtyła został papieżem?

-      Bardzo duże. To był papież, który sam przeżył ten system, znał to z doświadczenia. KGB-istom tylko prze­szkadzał. Dlatego Andropow12 targnął się na jego ży­cie. A dla nas był wsparciem. U nas, na Litwie działało podziemne seminarium. Do naszego bp. Steponavićiu-sa - który 27 lat siedział w domowym areszcie, pozbawio­ny praw - przylecieli KGB-iści: „Co to się wyprawia na Litwie, skąd tu nowi księża, bez seminarium, trzeba im zakazać działać. Ty jesteś biskupem. Zabroń im". Odpo­wiedział im: „Ja nie wiem, co to się robi, ale wiem, że Oj­ciec Święty też podziemne seminarium kończył, a to nie przeszkodziło mu zostać papieżem". Zamknęli buzie.

-      A czy gdy Ojciec Święty był w Polsce, po raz pierwszy w 1979 r., czy można było na Litwie przez radio lub przez telewizję coś usłyszeć, zobaczyć?

-      Tak. Radio Watykańskie, radio Wolna Europa prze­kazywały wszystkie wydarzenia, ale były duże zakłócenia. Mimo to słuchaliśmy uważnie kilka razy w nocy, potem rano, kiedy było powtórzenie, łowiliśmy pojedyncze sło­wa. Modliliśmy się i cieszyli. To było nam bardzo po­trzebne. Ojciec Święty był darem Bożym dla wszystkich okupowanych republik sowieckich.

-      Na koniec wróćmy jeszcze do czasów dawniejszych. Czym był dla Siostry dom rodzinny?

-      Pan Bóg sprawił, że oboje rodzice byli głęboko wie­rzący. Nie tylko praktykujący i chodzący do kościoła w niedzielę, ale to się widziało w całym ich życiu. Zgodnie z powiedzeniem, że słowo uczy, a przykład pociąga.

Gdy bolszewicy przyszli po raz drugi w 1944 r., ucie­kliśmy z Akademii Rolniczej w Dotnuvie, gdzie tata pra­cował. Komunista, któremu ojciec swego czasu pomógł, uprzedził o planach zesłania rodziny na Syberię. Mama była wtedy chora na gruźlicę kręgosłupa. Musieliśmy ją zabrać ze szpitala.

Zatrzymaliśmy się w Telszach, gdzie bp Vincentas Borisevićius przyjął tatę do pracy w seminarium, jako nauczyciela przedmiotów ścisłych. Tata uczył przez rok w spokoju. W 1946 r. KGB przyjechało po niego, ale nie zastali go w domu. Kazali powtórzyć, że ma się zgłosić do nich, gdy przyjdzie. Ale tej samej nocy spakowaliśmy się i uciekliśmy do Anykśćiai. Tam osiedliśmy, w domu na skraju pięknego sosnowego boru, blisko rzeki.

Ojciec był bardzo dzielny. Mimo tego, że KGB go cią­gle szukało, chodził otwarcie do kościoła w każdą nie­dzielę. To już był czas, gdy inteligencja bała się chodzić do kościoła. Ojca też straszyli: „Jeśli będziesz chodzić do ko­ścioła, to wyrzucimy cię z pracy i razem z dziećmi zdech­niesz z głodu". Ojciec odpowiadał: „Pan Bóg dał zęby, to da i chleb. Będę pracował jako robotnik". Mama była cho­ra, przebywała w domu i czytała dużo literatury religij­nej. Proboszczem w Anykśćiai był jej kolega z gimnazjum, który przynosił dużo dobrych książek. Byle komu bał się dawać, bo u nas za rozprowadzanie literatury religijnej dostawało się dwa lata więzienia. Dotyczyło to również Biblii. Sowieci uważali, że literatura religijna - to literatu­ra antysowiecka.

Gdy zaczęła się druga okupacja sowiecka na Litwie, wezwali biskupów i powiedzieli: „W Rosji zniszczyliśmy Kościół w ciągu 20 lat, na Litwie zrobimy to w dwa lata". Są dokumenty, które to potwierdzają. Komuniści starali się zerwać więź Kościoła litewskiego z Rzymem - zrobić Kościół narodowy, jak w Chinach. Mieć swoich biskupów, zwerbowanych przez KGB. Ale Pan Bóg tak pokierował, że im się nie udało. Mimo że aresztowali biskupów, księ­ży wsadzili do więzień, zamknęli seminaria, rozgromili klasztory, wywieźli zakonników i zakonnice (gdy zakon­nice wywozili na Sybir, na wagonach były napisy, że tam jadą prostytutki).

Te sprawy znam z dokumentów i z opowieści. A sama pamiętam - jako dziecko - jak straszne wrażenie zrobił na mnie widok ciał zabitych partyzantów litewskich na podwórku sąsiedniego domu w Anykśćiai, gdzie stacjono­wał oddział milicji komunistycznej tzw. stribów (jeśli ktoś nie szedł do armii, był werbowany do oddziałów stribów, które walczyły z partyzantami). Potem tych zabitych ludzi, odartych z ubrań, wyrzucali na głównym placu w mieście. To był straszny widok, a pomysły iście szatańskie: męż­czyznom potrafili okręcić różaniec wokół genitaliów, ko­biety zostawiali półnagie. KGB obserwowało potem, kto przychodzi patrzeć na tych leżących biedaków, kto nad nimi płacze. Żyło się w ciągłym strachu przed aresztowa­niem i więzieniem.

Pamiętam też takie zdarzenie, gdzieś w 1947 r.: Któ­regoś razu partorg13 Ubogevićius przyszedł do szkoły, by zmusić chłopców do zapisania się do Komsomołu14. Postawił automat na stole i mówi: „Nie wyjdziecie stąd, dopóki nie napiszecie podania". Trzymał ich długo, całą noc. Był tam taki Algimantas Kojelis, jego ojciec był dy­rektorem szkoły. Chciał wyjść za potrzebą. KGB-ista po­wiedział, że nie wyjdzie, dopóki nie napisze. On na to, że się zgadza. Napisał coś na kartce, oddał ją i wyszedł. KGB-ista wziął kartkę i czyta: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie...". Za ten dowcip chłopaka z całą rodziną na Sy­bir wywieźli. A Ubogevićiusa partyzanci zastrzelili pew­nego dnia na dziedzińcu gimnazjum.

13                   Partorg - ideolog w komórce partyjnej odpowiedzialny za propagandę.

14                   Komsomoł (Komunisticzeskij Sojuz Mołodioży) - organizacja społeczno- polityczna, wychowująca (pod kierunkiem partii) młodzież na ideowych komunistów. Aktywne członkostwo w Komsomole otwierało drogę do ka­riery w aparacie partyjnym, za to odmowa wstąpienia do Komsomołu mo­gła się wiązać się z różnego rodzaju szykanami.

Mnie też KGB-iści straszyli, tyle że bez automatu. Miałam wtedy niecałe 10 lat i chcieli, żebym się zapisa­ła do pionierów. Kazali siedzieć przez całą noc, gdzieś o w pół do piątej rano wypuścili mnie wreszcie do domu. Szłam sama kilka kilometrów, droga wiodła koło cmen­tarza - było mi trochę straszno. Ale nie napisałam poda­nia o przyjęcie do pionierów - ani ja, ani brat. Wezwali do szkoły mamę, która powiedziała, że nie chce, żeby jej dzieci były dwulicowe. Niech będą nieuczone, ale uczci­we. Jeżeli tylko pionierzy i komsomolcy mogą się uczyć, to jej dzieci nie będą się uczyć. Wtenczas nas wyrzucili ze szkoły. Było to jednak wbrew sowieckiemu prawu. I po dwóch tygodniach przyszli po nas nauczyciele, żebyśmy wracali do szkoły. Okazało się, że w klasie było nas tylko troje, którzy odmówili. I to dzięki rodzicom.

Gdy kończyłam gimnazjum, mówiono: jeśli nie bę­dziesz komsomołką, nie dostaniesz się na studia.

-      Czy Siostra sama podjęła decyzję, żeby nie wstępować do pionierów i do Komsomołu, czy też rodzice tak zadecy­dowali?

-      Co do Komsomołu, to w momencie, gdy przyszło podejmować decyzję, miałam 15-16 lat i wiedziałam, że nie chcę. Ale jako dziecko chciałam należeć do pionierów. Przyszłam do domu i z zapałem mówiłam mamie, że zapi­szę się do pionierów, że będzie fajnie, będziemy jeździć na wycieczki. A mama zaczęła mi tłumaczyć, że oni w Pana Boga nie wierzą, że będą chcieli, abym nie chodziła do ko­ścioła. Wówczas zrozumiałam i już nie chciałam być pio­nierką. A w szkole mówiłam oczywiście, że to ja nie chcę, żeby się nie czepiali rodziców.

Biorąc przykład z ojca, otwarcie wierzyłam i chodzi­łam do kościoła. Jednocześnie w szkole dużo zajmowa­łam się sportem: siatkówka, koszykówka, tenis, pływanie, biegi, skoki. Grałam w zespole razem z chłopcami, gdyż z dziewczynami zawsze wygrywałam. W niedziele czę­sto mieliśmy zajęcia sportowe. Zdarzały się wyjazdy do innych miejscowości na jakieś rozgrywki. Pamiętam, że koledzy chcieli kiedyś umówić się na ósmą rano. Odpo­wiedziałam, że wykluczone, bo ja o ósmej jestem w ko­ściele. I cały autobus grzecznie czekał na mnie do w pół do dziewiątej, aż skończy się msza.

Od dziecka wydawało mi się niemożliwe, żeby nie być na mszy. Nie osądzałam tych, którzy wierzyli, a bali się przychodzić do kościoła. Ale sama nigdy się nie ba­łam, nie zastanawiałam, czy ktoś mnie śledzi - tam czeka na mnie Pan Jezus, więc nie mam się czego lękać. To był przykład ojca - nie tylko słowa, ale przykład całego życia. Ojca, który cztery razy dziennie jeździł 7 km na rowerze ­do pracy i po zakupy dla nas - a kiedy zmęczony wracał wieczorem, klękał z nami do modlitwy. Odmawiał Lita­nię do Najświętszego Serca Jezusowego - któremu nasza rodzina się ofiarowała - i modlitwę „Jezu, ufam Tobie". Dla nas, dzieci - to był wielki przykład i wielka radość. Proszę - wszyscy się boją, a tata się nie boi. Rozpierała nas duma. Dobrzy rodzice - to naprawdę wielki dar Boga.

Zaczęłam czytać książki, które mama dostawała od księdza. Zaczęłam się zastanawiać, jak to jest z Panem Bogiem. W szkole mówili, że Go nie ma. A rodzice, tacy mądrzy, mówili że jest. Więc jak to jest naprawdę? Gdy miałam jakieś 15 lat, przeczytałam książki historyczne o Jezusie, wyjątki z Tacyta, z Pliniusza Młodszego. Chcia­łam, by moja wiara była wsparta własnym rozumowa­niem, a nie zapożyczona od rodziców.

-       Czy w szkole były jakieś dyskusje na tematy religijne, czy z nauczycielami można było porozmawiać o Bogu?

-       Nie. Nauczyciele się bali. Karierę robili ci, którzy prowadzili propagandę ateistyczną - nakłaniali do wstę­powania do pionierów, zapisywali dzieci wchodzące do kościoła. Ale widzieliśmy też, że część nauczycielek na Boże Narodzenie czy na Wielkanoc przebierała się za ba­buleńki, okręcała głowy chustkami i szła do kościoła - do spowiedzi i do Komunii świętej. Najczęściej jednak było tak, że jeśli nauczyciel pracował np. w Anykśćiai, to jeź­dził do innej miejscowości, by nie rzucać się w oczy. Byli też i tacy, którzy w te większe święta chodzili do kościoła. A my, dzieci, widzieliśmy wszystko. Odnosiliśmy się do tego z dużym zrozumieniem - uważaliśmy komunistów za ludzi nieszczęśliwych. Ci zaś, którzy byli religijni, o których wiedzieliśmy, że są wierzący, chociaż nikomu o tym nie mówili - byli dla nas przykładem. W szkole nie zdradzili się jednak ani jednym słowem.

-      Czy w tym czasie działały na Litwie jakieś katolickie organizacje młodzieżowe?

-      Działały skrycie, ale ich członków wyłapywano i jako antysowietów bardzo surowo sądzono. W styczniu 1947 r. aresztowano bp. Borisewićiusa. Męczyli go prawie rok i w listopadzie zastrzelili. Był też taki młody Kava-liauskas - student z Wilna. Za przynależność do kółka religijnego skazano go na śmierć. Tylko za religijne poglą­dy: Bóg, ojczyzna, prawość, pobożność, niesprzeciwianie się złu przemocą. On jeszcze żyje. Zmienili mu wyrok na 20 lat, potem przyszła amnestia.

-      Czy Siostra brała udział w działalności takiego kółka bądź stowarzyszenia?

-      Nie, ja tylko otwarcie chodziłam do kościoła. Potem w moich papierach znalazła się wzmianka: „Nie wyrzekła się religijnych przesądów". Z takim świadectwem, choćby piątkowym, nie mogłam marzyć o szkole wyższej. Komi­sja nawet nie przyjęłaby dokumentów. Im tacy jak ja nie byli potrzebni. Pozostawało mi jakieś technikum, szkoła rolnicza...

Te „religijne przesądy" okazały się mocne. Gdy stuk­nęła mi osiemnastka, odnalazłam w sobie dar Boży - po­wołanie. Wstąpiłam do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Niepokalanie Poczętej - Sióstr Służek. (Od 1956 r. wszyst­kie siostry były bezhabitowe. Ponieważ wcześniej rząd wszystkich wypędzał na Sybir, starsze siostry ukrywały się, imając się różnych prostych zajęć).

Potem siostry mi opowiadały, że mamusia mówiła do jednej z nich: „Nic z niej nie będzie. To pędziwiatr! Gwa­rantuję siostrze, że ona dłużej niż dwa miesiące tutaj nie wytrzyma. Ale niech pobędzie, może trochę zmądrzeje. Zapłacę za jej pobyt, ale gwarantuję, że nie pobędzie tutaj długo".

Wyszło inaczej. W klasztorze w Poniewieżu byłam ponad półtora roku. Potem ktoś w Anykśćiai - naszym rodzinnym miasteczku - zaczął rozpowiadać, że rodzi­ce zamknęli mnie w klasztorze. Był rok 1958. Komuniści napadli na ojca, że taką młodą, energiczną dziewczynę zamknął w klasztorze. A my z siostrami zaczęłyśmy się obawiać - a było nas pięć w nowicjacie - że to może za­szkodzić nam wszystkim, że mogą zniszczyć całe nasze gniazdko, nasz nowicjat. I wtedy pojechałyśmy z ojcem do bp. Paltarokasa i poprosiłyśmy, bym drugi rok mo­gła spędzić u rodziców, z siostrami w Anykśćiai, a wtedy może uda się uniknąć pogromu. On zezwolił na to i dał mi dyspensę.

Po dwóch latach złożyłam pierwsze śluby, potem na kolejne pięć lat, i wreszcie śluby wieczyste...

Rozmawiał Paweł Wołowski Wilno, listopad 2002

 
 
  Sukurta padedant Arkivyskupui S.Tamkevičiui SJ & windows vista forum