gototopgototop
    
 
     
 
 
 
   
 
     
 
 
Dziękuję Bogu za czas spędzony w łagrze Spausdinti El. paštas
 

Dziękuję Bogu za czas spędzony w łagrze

Rozmowa z ks. Alfonsasem Svarinskasem

Ks. Alfonsas Svarinskas urodził się w 1925 r. we wsi Kadrenai koło Ukmerge. Pierwszy raz został skaza­ny przez władze sowieckie w 1947 r., na karę 10 lat poz­bawienia wolności za udział w litewskiej partyzanctce niepodległościowej. W 1954 r., w łagrze potajemnie otrzymał święcenia kapłańskie z rąk współwięźnia -bp. Praneiśkusa Ramanauskasa. W 1956 r. wyszedł z łagru i podjął aktywną działalność duszpasterską i kaznodziejską. Za „antysowieckie treści w kazaniu" został ponownie skazany w 1958 r., tym razem na 6 lat. Po odbyciu kary, nie zaprzestał aktywnego duszpas­terstwa, za co władze nękały go często karami admi­nistracyjnymi i pieniężnymi. Od początku był ak­tywnym współpracownikiem „Kroniki", pomagając głównie przy gromadzeniu informacji i rozpowszech­nianiu czasopisma. W 1978 r., wraz z innymi księżmi, założył jawny Katolicki Komitet Obrony Praw Wie­rzących. Za działalność w Komitecie oraz za „oczer­nianie władzy sowieckiej", w 1983 r. został kolejny raz aresztowany i skazany na 10 lat łagru. Po osobistej interwencji u Gorbaczowa prezydenta USA, Ronalda Reagana, został zwolniony w 1988 r. pod warunkiem opuszczenia Związku Sowieckiego. W łagrach spędził łącznie 22 lata. Wyjechał, ale wrócił z Niemiec już w 1990 r. W 1991 r. został wybrany posłem na sejm (wtedy: do Rady Najwyższej) Republiki Litewskiej oraz mianowany naczelnym kapelanem wojskowym. Pozostaje aktywnym na całej Litwie duszpasterzem kombatantów. Obecnie jako kapłan jest rezydentem w parafii św. Piotra i Pawła w Ukmerge.

-      Za co Księdza pierwszy raz posadzili?

-      Za pomoc partyzantom walczącym o wolną Litwę. Woziliśmy im broszury, lekarstwa - pomagaliśmy, jak było można. Wpadliśmy dlatego, że w parafii „produko­waliśmy" metryki. Dzięki tym metrykom wielu Litwinów uniknęło pójścia do sowieckiej armii, a nawet do łagru. Mieliśmy formularze kościelne, z sadzy robiliśmy tusz, żeby wyglądał na szary. Przystawialiśmy pieczątki, a pa­pier ocieraliśmy o ziemię, by go „postarzyć". Potem nosili­śmy go w kieszeniach, złożony na cztery, żeby się powycie-rał na rogach. Byliśmy tak wprawieni, że robiliśmy papier starszy i nowszy. Z początku tylko dla swojego otoczenia, a potem zaczęliśmy produkować dla wszystkich i dlatego wpadliśmy Rozniosło się, że w parafii można dostać me­trykę. Zaczęli przychodzić nieznani ludzie, dowiedziało się o tym KGB i wpadliśmy. Dostałem 10 lat - cały wyrok odsiedziałem. W 1954 r. zachorowałem na gruźlicę i skie­rowano mnie do lżejszej pracy, zostałem felczerem w szpi­talu. W 1956 r. wróciłem na Litwę.

Podczas pierwszego pobytu w łagrze zostałem księ­dzem. Wyświęcił mnie w 1954 r. bp Pranas Ramanauskas, który też był więźniem. Przekonał mnie, że na zesłaniu w Ałtaju będę mógł bardziej pomóc ludziom jako ksiądz. Jednak, by ceremonia święceń mogła się odbyć, musieli­śmy kupić biskupa za litr spirytusu.

- Jak to - kupić biskupa za litr spirytusu!?

- Tak naprawdę chodziło o „zmotywowanie" lekarza, który miał do nas przywieźć biskupa. Oszczędzając każ­dego dnia jakąś część ze 150-gramowych dawek, które dostarczano do szpitala, razem z paroma Litwinami ze­braliśmy litr spirytusu i daliśmy go lekarzowi. W zamian za to obiecał, że dostarczy nam biskupa do centralnego szpitala. A biskupowi powiedzieliśmy, żeby symulował zapalenie wyrostka robaczkowego. Pokazaliśmy, na co ma się skarżyć, jakie miejsca mają go boleć. W którąś sobotę, biskup „poczuł, że ma atak". Umówiony lekarz stwier­dził zapalenie wyrostka robaczkowego i kazał przewieźć go do centralnego szpitala, gdzie my już czekaliśmy. Tam właśnie przyjąłem święcenia, w gabinecie lekarza-specja-listy chorób płuc.

Do tego gabinetu można było wchodzić tylko w odzie­ży ochronnej, dyżurni tam nie zaglądali. To miejsce przy­gotowaliśmy do mszy świętej. Na początku było trochę nerwowo. Jak tylko zaczęliśmy, do sąsiedniego pokoju weszli strażnicy. Przyszli specjalnie po tabakę „Złote runo", świetną tabakę, którą lekarz otrzymywał z Litwy. A nas było siedmiu za cienkimi drzwiami; niech no tyl­ko ktoś zakaszle, będzie straszna afera. Na szczęście jakoś wytrzymaliśmy, oni wzięli tabakę i odeszli.

Bardzo dobrze pamiętam tę mszę. Przyjąłem święce­nia 3 października 1954 r., na 8 miesięcy przed końcem kary, w dzień św. Teresy z Lisieux. Po pewnym czasie wśród Litwinów rozniosła się wieść, że jestem księdzem.

 

- Jak wyglądały później Księdza msze w obozie?

- Odprawiałem sam w kącie baraku. Musiałem być bardzo czujny. Rozkładałem i nakrywałem stolik, a jak ktoś przychodził, szybko zakrywałem, jakby nigdy nic. Kiedy się modliłem, czasami ktoś stawał na czatach.

Miałem tekst mszy. Oprócz tego, nauczyłem się na pamięć dwóch mszy: do Bogurodzicy („De Beata Maria Virgine") i żałobnej („Pro defundis"). Udawało nam się zdobyć biały chleb lub kawałki cukru - to były opłat­ki. Mieliśmy też rodzynki, które zastępowały nam wino mszalne. Kupowaliśmy od Rosjan, którzy otrzymywali je z Krymu i chętnie odsprzedawali. Z początku byliśmy ra­zem z biskupem w szpitalu, to znaczy on leżał na oddziale, na którym ja pracowałem jako felczer. Zanim przenieśli go z powrotem do obozu, zdążył jeszcze wyświęcić jedne­go lekarza, Łotysza.

Operacji nie przeprowadzono, „zapalenie" w cudowny sposób ustąpiło. W laboratorium szpitalnym pracowali Łotysze. Powiedzieliśmy im, że biskup musi mieć 12 tys. leukocytów, bo przy 16 tys. robili operację, a przy mniej­szej liczbie zostawiali na obserwację. Napisali więc 12 tys., a po pewnym czasie 8 tys. Wówczas biskup wrócił do obozu.

 

- Jak można było modlić się w łagrze?

- Podczas pierwszego pobytu w obozie - przeważnie indywidualnie, w myśli lub na różańcu. Jednak nawet zrobić różańca nie można było. Wszystko zabierali. Tuż przed końcem pierwszego wyroku otrzymałem Nowy Te­stament przywieziony przez pewnego KGB-istę z Litwy. Czasami modlitwa szła ciężko po całym dniu pracy.

Podczas drugiego pobytu w łagrze, w latach 1958-1961, publicznie odprawiałem mszę świętą w baraku. A gdy w 1961 r. trafiłem do więzienia, miałem możność odpra­wiać tam msze w niedzielę.

 

- Gdzie Ksiądz pracował?

- Jako inwalida trzeciej kategorii zostałem skierowany do pracy w kopalni, ale na powierzchni. Moi koledzy, pra­cujący na dole, mieli mniej szczęścia. To była kopalnia od­krywkowa. Schodziło się po zwykłej drewnianej drabinie jakieś 200 m w dół - zejść było łatwiej, ale wejść z powro­tem po 14 godzinach pracy! Na dole napełniali węglem wagoniki wożone przez konie. Raz na dwa tygodnie konie wyciągali na górę, aby nie oślepły w ciemności. Okropnie tam było - praca ponad siły, brak perspektyw. Nazywali nas sobacznikami.

W 1949 r., gdy byłem już w centralnym szpitalu, został zaostrzony reżim dla więźniów-Żydów - naszywali im numery na grzbiecie. Ta akcja objęła też więźniów innych narodowości. Ja dostałem numer Sz-455.

-      Jakich ludzi spotkał Ksiądz podczas pierwszego poby­tu w obozie?

-      Z osób znanych, był np. prof. Lew Płatonowicz Kar-sawin z Petersburga. Młody człowiek. Jego siostra, Maria Karsawina, była w Londynie znaną tancerką baletową. On był na emigracji w Paryżu, gdzie mu się nie spodobało, wrócił na Litwę w 1929 r. i tam pozostał. Nauczył się języ­ka litewskiego i napisał pierwszy tom „Kultury Europej­skiej" w języku rosyjskim, a potem przetłumaczył na ję­zyk litewski. Następne dwa tomy napisał już po litewsku. Do 1949 r. wykładał na Uniwersytecie Wileńskim. Został stamtąd usunięty z uzasadnieniem, że „niczym pozytyw­nym się nie wyróżniał". Od razu go aresztowano.

W łagrze mieszkaliśmy razem. On był prawosławny i ciekawe było jego przejście na katolicyzm. Jako chory na gruźlicę, leżał na oddziale dziewiątym, przeznaczonym dla ciężko chorych i umierających. Poznaliśmy się, gdyż ja pracowałem tam jako sanitariusz. Kto wie zresztą, czy nie od niego zaraziłem się gruźlicą. On pisał prace filozo­ficzne i religijne, a ja mu dostarczałem papier. Pewnego dnia oddał mi wszystko, co napisał (udało mi się to urato­wać, przywieść na Litwę i oddać do Instytutu) i poprosił, żeby przyszedł do niego ojciec Piotr - prawosławny ksiądz z Akademii Kijowskiej, który pracował w szpitalnej prze­chowalni - bo chciałby się wyspowiadać przed śmiercią. Poszedł do niego z tą prośbą litewski sanitariusz. A ten chyba trochę się wystraszył i nie przyszedł. (Swoją dro­gą zima wtedy była sroga, na dworze dochodziło do -58 stopni). Gdy sanitariusz wrócił, profesor zapytał dlaczego ojczulek nie przyszedł. A sanitariusz na to, że pewno się boi. Wówczas Karsawin na trzy dni zamilkł, coś rozważał, a potem powiedział mi: „Całe życie oddałem prawosławiu, a teraz oni nie chcą mnie wyspowiadać. Proszę wezwać katolickiego księdza. Chcę przejść na katolicyzm".

Wtedy poprosiłem prałata Adolfa Kukuruzińskiego, który przyjął jego spowiedź w pięknym języku łacińskim. A ja ofiarowałem mu krzyżyk z relikwią, który dostałem swego czasu od litewskiego gen. Jonasa Juodiśiusa. Karsa­win umarł niedługo potem.

Inną indywidualnością był prof. Żvironas, lewicowiec, specjalista od fizyki jądrowej po studiach w Szwajcarii. Po zwolnieniu z łagru wrócił na Litwę, ale po trzech miesią­cach umarł.

Spotkałem też rektora budapeszteńskiego Seminarium Duchownego. Staruszek, bardzo sympatyczny. Został po­tem zwolniony, bo podczas wojny ratował komunistów. Kiedy go uwolnili, miał ponad siedemdziesiątkę. Pięknie mówił po francusku.

Był też muzułmanin, prof. Mamur Fatimi, z Egiptu. Jeździł do republik Azji Centralnej, mówił, że tam jest dużo muzułmanów, że można stworzyć kalifat - Sowieci uznali to za propagandę i dali mu 10 lat. Przyjechał do obozu zimą (w półbutach), dużo mu pomagałem, odwie­dzałem, bo był samotny Znał wprawdzie język ormiań­ski, turecki, francuski i angielski, ale nie znał rosyjskiego, więc prawie z nikim nie rozmawiał. Gdy objęła go amne­stia i wychodził na wolność, zaprosił mnie do Kairu mó­wiąc, że jego żona jest katoliczką.

Gdy trafiłem do szpitala, w pewnym momencie na jed­nym oddziale było 15-18 profesorów. Po wieczornym ob­chodzie zamykano wszystko aż do rana. Nikt już do nas nie zachodził. Czy ktoś umarł, czy nie - czekało się do po­rannego obchodu. Wtenczas zbieraliśmy się i słuchaliśmy wykładów. Każdy przedstawiał coś ze swojej dziedziny.

Ja byłem felczerem razem z jednym oficerem. Pomagał nam jako sanitariusz Waldemar Erdmann z ambasady ro­syjskiej, który był bardzo dobrym muzykiem. W jednym łagrze, gdzie było pianino, zaczął z pamięci grać różne utwory klasyczne. Tak było za pierwszym razem.

Drugi wyrok odsiadywałem już jako ksiądz i okazało się, że jest nas dwudziestu pięciu katolickich księży w jed­nym obozie w Mordwinii. Mieliśmy wspólne modlitwy. W niedzielę były publiczne msze. To był rok 1959. Przy­chodzili Polacy, Białorusini, Łotysze, Litwini. Msza była po łacinie.

-      Czym był dla Księdza pobyt w obozie od strony du­chowej?

-      Łaska Boża zawsze mi towarzyszyła. A łagier, no tak, łagier potrafił być środkiem piekła, szczególnie gdy w jednym obozie - cóż z tego, że w oddzielnych bara­kach - trzymano razem kobiety i mężczyzn.

Pamiętam rok 1948, ciężki rok. Żadnej nadziei, wszę­dzie zło, zimno, zgorszenie - znikąd pomocy. Pracowa­łem wtedy w szpitalu, gdzie było mnóstwo ciężko chorych. Wielu umierało przeklinając swoje matki, że ich na świat wydały. Widzieć, jak z tym przekleństwem na ustach człowiek gaśnie i odchodzi na zawsze, to był prawdziwy koszmar. Chciałem jakoś pomóc, chociaż niektórym, ale nie było żadnych perspektyw. A przecież trzeba było żyć i Bóg podtrzymywał mnie w sobie znanym celu, dla ja­kiejś pracy. Takie to były czasy...

Tylko, widzi Pan, ja tyle lat tam przesiedziałem, a mi się teraz wydaje, że żadnego złego łagru nie przeszedłem, tylko jakiś kurort. Tam działo się bardzo wiele dobra. To we mnie zostało bardziej niż zło, którego doświadczyłem. Zło było - jeden przypadek, drugi, ale to wszystko minęło. Mnie to nie interesuje. Interesują mnie heroiczne czyny poszczególnych ludzi.

 

- Może Ksiądz dać jakiś przykład?

- Znałem dwóch węgierskich grafów: nazywali się Es­terhazy i Csaky Esterhazy był w innym obozie, u nas był Csaky. Agronom po studiach w Anglii, elegancki, z bia­łymi wąsami, z monoklem. Było to coś zadziwiającego: w łagrze - z monoklem! Zachorował na gruźlicę kolana. Założono mu szynę, chodził o kulach, z nogą w gipsie. Mimo bólu, ciągle się uśmiechał. Kiedy wydawali mu bie­liznę, która była cała w łatach, powiedziałem, żeby popro­sił o coś lepszego, a on na to z uśmiechem: „Chyba i tak nie dadzą mi takiej, jaką nosiłem w domu".

Z kolei graf Esterhazy chorował na serce. Przyjaźnił się z Csakym. Kiedyś, oszczędzając przez miesiąc, uzbie­rał 55 gramów cukru. Cukier nie taki czysty, biały, tylko brązowy, zawsze to jednak cukier. Przyniósł Csaky'emu woreczek i mówi: „Mam dla ciebie prezent". A ten: „Skąd to masz?". „Dał mi jeden Niemiec. Połowę zostawiłem sobie, a połowę przyniosłem tobie". „Jeśli tak, to wezmę". Nie wiedział, że ten nie jadł przez miesiąc, choć chorował na serce.

A propos tego „świętego kłamstwa", przypomina mi się historia z Wiosny Ludów 1848 r., usłyszana w obo­zie. Podczas powstania pewien młody graf dostał się do niewoli austriackiej. W więzieniu odwiedziła go matka i powiedziała: „Trzymaj się dzielnie, a ja pójdę do gu­bernatora, padnę mu do nóg i wybłagam łaskę dla cie­bie. I uważaj: jeśli zobaczysz mnie na balkonie ubraną na biało, to choćby prowadzili cię na szafot, będzie to dla ciebie znak, że łaskę otrzymałeś". I ten młody graf idzie i wypatruje matkę. Widzi ją - całą na biało. I oto idzie podniesiony na duchu, wyprostowany. A dopiero gdy pętla zaczęła ściskać mu gardło, powiedział: „O, święta miłości macierzyńska!". Zrozumiał, na co matka się zdo­była, nie chcąc, żeby on, syn grafa, umarł przelękniony jak niewolnik.

W łagrze staraliśmy się żyć ze sobą dobrze. Często ka­tolików, protestantów, prawosławnych czy muzułmanów łączyła przyjaźń. Zaprzyjaźniłem się np. z dwoma Per­sami - Zahirem Zade, który w Związku Radzieckim był uznanym poetą i z Mirsanim, byłym ministrem obrony za rządów Mosaddeka. Obaj byli muzułmanami. Razem z innymi więźniami mogliśmy im nawet trochę mate­rialnie pomóc, my jeszcze co nieco dostawaliśmy, a oni nic. Kiedy był Ramadan, przychodzili do nas i pytali, czy możemy dać im coś do jedzenia. Za dnia pościli, a gdy za­szło słońce mogli już jeść. Jeśli coś tam mieliśmy - chleb z margaryną, wiele tego nie było - to dawaliśmy.

Zaprzyjaźniłem się też z pewnym Hindusem o nazwi­sku Moden, ekonomistą po studiach w Anglii, którego Sowieci posadzili na 15 lat po tym, jak przed Anglikami uciekł przez Afganistan do ZSRR. Któregoś razu, gdy do­wiedziałem się, że w obozowym kinie, w którym zwykle szły tylko filmy o Leninie, będą wyświetlać hinduski film pt. „Włóczęga", zafundowałem mu bilet za rubla. Pamię­tam, jak rozpłakał się w czasie seansu.

Tak więc przyjaźniliśmy się, majątków nie mieliśmy, ale zawsze jakoś można było sobie pomóc, czymś się po­dzielić. Dobrych przykładów można podać wiele. To były dobre czasy! Z wieloma z tych ludzi z chęcią bym się dziś spotkał.

Również nie wszyscy KGB-iści byli skończonymi ło­trami. Był u mnie niedawno jeden były KGB-ista. Dobry człowiek. Był majorem, naczelnikiem w Wilnie. Jak mógł, starał się mi pomagać. Kiedyś przekazał mi przesyłkę, za co go zdegradowali. W tamtym czasie przekazanie pięcio-kilogramowej paczki znaczyło bardzo wiele. Pogadaliśmy trochę. Poprosiłem, by wpadł jeszcze kiedyś do mnie, gdy będzie w okolicy Każdy dobry uczynek trzeba docenić.

Poznaliśmy się po 1983 r., kiedy trzeci raz siedziałem. Dowiedziałem się, że jest katolikiem. Powiedziałem mu wtedy, jako majorowi KGB: „Zgodnie z prawem ziemskim, Pan jest moim zwierzchnikiem, a zgodnie z duchownym -ja Pańskim. Wie Pan, że jestem księdzem". Wtedy obiecał kiedyś przyjść i opowiedzieć, jak dostał się do KGB.

A z innych KGB-istów, np. w Mordwinii naczelnikiem łagru był Litwin, sekretarz komórki partyjnej. Kiedyś w Wielką Sobotę, w 1963 r., przyszedł do mnie i powie­dział: „Chodź, porozmawiamy". „No cóż, rozmawiać lżej niż pracować". Wykopywaliśmy wtenczas korze­nie - ciężka robota. On w Wilnie kończył szkołę NKWD. Zapytał po litewsku, czy jestem komunistą, ja mu odpo­wiedziałem. A on pyta: „Jak ci się żyje?". „Źle. Jutro Wiel­kanoc, a jajek nie mamy". Wtedy przekazał nam 10 jajek przez jednego byłego partyzanta litewskiego . Zapłacił za to zdegradowaniem.

Oczywiście, w stosunkach z nimi trzeba było mieć swój honor. Kiedyś w łagrze KGB-iści przywieźli mi kawę i herbatę. Podziękowałem i odmówiłem. Zapraszali, by napić się z nimi, pogadać: „Ja z wami pić nie będę. Dopie­ro jak wyjdę wolny, wtedy mogę z wami siąść przy stole, a tutaj w łagrze nie mogę".

Czasami też potrzeba było odrobinę przebiegłości. Pewnego razu dostałem kalendarz w języku litewskim. Uradowany pokazywałem go innym - od razu była rewi­zja i mi go zabrali.

Chodziło o to, że po rosyjsku to oni rozumieli, a po li­tewsku nie. Wtedy napisałem do naczelnika KGB, że dwa dni temu było u mnie dwóch mężczyzn: powiedzieli, że są z litewskiego KGB, dali mi książkę, a teraz miejscowe władze odebrały mi ją. Podejrzewam, że tamci byli ame­rykańskimi szpiegami. Proszę ich odszukać i wyjawić ich nazwiska. Wtedy oni odpowiedzieli, że to byli ich ludzie i że nic nie zamierzają mi odbierać. W ten sposób wygra­łem - odzyskałem kalendarz. Od tej pory nie lubili mnie, ale w pewnym sensie szanowali i się nie czepiali. Wiedzieli, że jeśli będą się czepiać, będę walczyć o swoje.

-      Przejdźmy do „Kroniki" - jakie znaczenie miała dla Księdza praca przy tym samizdacie?

-      „Kronika" - to jeden z etapów naszej walki o wol­ność Kościoła i Litwy. Były różne okresy tej walki. Naj­pierw była walka zbrojna. Partyzanci - tzw. leśni bracia -walczyli z bronią w ręku. To się nie powiodło. Wszystkich pobili lub zesłali do łagrów. Gdy w 1956 r. część z nich wróciła z obozów, na Litwie było pewne odrodzenie du­cha narodowego. Staliśmy się odważniejsi i nawet stary litewski hymn śpiewaliśmy po domach.

Po 1956 r. Sowieci zmienili taktykę. Zaprzestali maso­wych aresztowań, a zaczęli werbować ludzi, zarówno księ­ży, jak i innych, żeby od wewnątrz rozbijać społeczeństwo. I rzeczywiście, ludzie zaczęli bać się jedni drugich.

Jednocześnie w szkołach zaczęto prowadzić ostrą pro­pagandę ateistyczną. Werbowano nauczycieli, by zdobyć całkowitą kontrolę nad młodzieżą i odsunąć ją ostatecz­nie od Kościoła. Wówczas odezwali się co odważniejsi księża - najpierw byli więźniowie, potem także młodzi. W listach do nauczycieli apelowali do ich sumień, prosili, by nie niszczyli przyszłości Litwy, przyszłości Kościoła.

Na początku lat 70. XX w. zaczęła dojrzewać koncep­cja wydawania pisma, które opisywałoby wszelkie przy­padki łamania praw katolików i ludzi wierzących na Li­twie. Wtedy zaczęła już wychodzić rosyjska „Kronika Wypadków Bieżących". I brane były pod uwagę dwie na­zwy: jedni mówili, że powinna to być „Kronika", a inni że „Latopis", na wzór pierwszych latopisów. Przeważyło jednak zdanie, że po litewsku lepiej brzmi „Kronika". Tak też uważał ówczesny arcybiskup kowieński, kard. Sladke-vićius. I tak 19 marca 1972 r., w dzień św. Józefa, wyszedł pierwszy numer litewskiej „Kroniki".

 

- Ksiądz był w pierwszym zespole redakcyjnym?

- My to wymyśliliśmy: Tamkevićius, Zdebskis, Raćiū-nas i ja. I zaczęliśmy wydawać. Zależało nam przede wszystkim na tym, by przemycić „Kronikę" za granicę. Pomagali nam w tym Rosjanie, dysydenci, którzy walczy­li z władzą sowiecką .Oni przyjmowali numery „Kroniki" w Moskwie i wysyłali przez którąś ambasadę. Czasem nu­mer wychodził szybko, a czasem długo. Bywało, że mie­siąc lub dwa nie było nic słychać.

Księża marianie w Chicago wydawali kolejne zeszy­ty „Kroniki" na podstawie tekstów zapisanych drobnym maczkiem na bibułce od papierosa. Przekazywali też tekst do gazet. Jeśli dwa źródła potwierdzały daną wiadomość, podawało ją też Radio Watykańskie. To była duża radość, gdy z tej rozgłośni dowiadywaliśmy się, że kolejny numer dotarł już na Zachód.

„Kronika" bardzo pomagała. Przecież Radia Watykań­skiego słuchali wszyscy, również KGB-iści. Dotąd myśleli, że będą działać bezkarnie, bo nikt się nigdy nie dowie. Ale gdy zaczęto czytać „Kronikę" w Radiu Watykańskim, wie­lu zamilkło, uspokoiło się. Nie każdy przecież chciał przejść do historii jako kanalia. (Choć i tak wielu przeszło).

Myślę, że „Kronice" udało się zarejestrować mniej więcej jedną trzecią wszystkich aktów represji skiero­wanych przeciw Kościołowi na Litwie. To również dzię­ki wyjątkowemu poświęceniu współpracowników. Byli przecież ludzie, którzy wpadali w ręce KGB, a gdy wra­cali po dwu-, trzyletnim wyroku, znów włączali się do pracy. I Kościoła katolickiego na Litwie KGB nie udało się zniszczyć.

-       Księdza nie sądzili za „Kronikę"?

-       Pytali mnie, czy czytałem „Kronikę". Odpowiada­łem, że nie. „A czyją znasz?" „Tak". „A skąd?" „Z Radia Watykańskiego". Oni wiedzieli, że znałem, ale nie mogli mi tego udowodnić. Kiedyś nawet położyli przede mną „Kronikę" w tłumaczeniu angielskim, a ja mówię, że nie znam języka, więc nie wiem, czy to „Kronika", czy nie. Wtedy oni: „W takim razie damy tłumacza. Przyjedzie nauczycielka języka angielskiego z rosyjskiego gimna­zjum". A ja, że nie trzeba. „Dlaczego?" „No bo jak ja się jej pokażę? Co ona o mnie pomyśli - że bandyta jakiś, a ja przecież jestem księdzem. Jeśli będziecie trzymać mnie w normalnych warunkach, jeśli będę mógł się ogolić, wło­żyć czystą koszulę, wtedy proszę, przyprowadzajcie ludzi z zewnątrz. A tak, nie zgadzam się". I nic z tego nie wy­szło. Jak Pan widzi, starałem się ich wychowywać. Na ile było to możliwe, oczywiście.

Nie miałem się czego bać. Jedyne, czego się obawiałem, to że nie wypełnię swojego obowiązku.

 

- Interesuje mnie podejście do problemu kolaboracji w Kościele. „Kronika" dążyła do zachowania jedności w Ko­ściele, ale zarazem trzeba było powiedzieć wprost, że kola­boracja szkodzi Kościołowi. Jak dokonywaliście wyboru?

- Nam chodziło przede wszystkim o to, by Kościołowi nie szkodzić. Wiedzieliśmy, który biskup czy administra­tor diecezji współpracuje lub podporządkowuje się pole­ceniom KGB. Przyjeżdżaliśmy, tłumaczyliśmy, że tak nie można. Zło jest złem, i milczeć nie można, choćby nas to dużo kosztowało.

Siedziałem trzy razy, w sumie 22 lata. Gdy Reagan mnie uratował, do końca wyroku pozostało mi 4,5 roku. W mo­jej sprawie wystąpiła 48. Amnesty International Group ze stanu Oregon. Z ich inicjatywy Reagan podjął w 1988 r. interwencję u Gorbaczowa, który mnie uwolnił. Potem złożyłem wizytę w Stanach Zjednoczonych. Spotkałem się z prezydentem i serdecznie mu podziękowałem.

U Reagana byłem pół godziny. Opowiedziałem mu

0 tym, jak będąc na Uralu zebraliśmy podpisy i chcieli­śmy przesłać mu wniosek o przyjęcie 52. stanu Amery­ki - Uralu. Nie udało się nam. W czasie rewizji strażnicy znaleźli pismo, ktoś poszedł za to siedzieć. Powiedziałem też, że w łagrze świętowaliśmy dzień urodzin Reagana

i Sacharowa. Zbieraliśmy się specjalnie w tym celu. Wcze­śniej uciułaliśmy pięć miesięcznych przydziałów her­baty - łącznie 250 gramów. Parzyliśmy ją, wznosiliśmy toast za Reagana lub Sacharowa i wypijaliśmy. Wtedy to aluminium dźwięczało jak kryształ. A ostatni raz toast za prezydenta wznosiliśmy w szpitalu, razem z pewnym Żydem - tylko wrzątkiem, bo nie mieliśmy herbaty. Po­prosiłem Reagana, by spróbował uzyskać u Gorbaczowa zwolnienie tego Żyda, inżyniera, który od 14 lat siedział za szpiegostwo. Interwencja udała się i człowiek ten wyje­chał do Izraela.

Teraz Pan rozumie, dlaczego zdjęcie Reagana wisi u mnie w salonie tuż koło portretu papieża.

-       Kiedy czytałem pierwsze numery „Kroniki" z lat 1972-1975, miałem wrażenie, że społeczeństwo było bardzo pasywne. Natomiast od końca lat 70. ludzie stawali się co­raz odważniejsi w obronie swych podstawowych praw. Czy „Kronika" w tym pomogła?

-       Zdecydowanie tak. „Kronika" przełamała atmosferę strachu. My w latach 80. mówiliśmy otwarcie o działalno­ści papieża. Z BBC albo z Radia Watykańskiego czerpa­liśmy wiadomości o jego pielgrzymkach i potem mówi­liśmy o nich w kazaniach. Któregoś razu, w czasie jednej z podróży, Ojciec Święty powiedział parę zdań o Litwie. Nagrałem to i przyniosłem na kazanie. Przeczytałem Ewangelię. „A teraz - mówię - ustępuję miejsce, będzie mówił papież". I włączam magnetofon. Wszyscy wstają wzruszeni. To wszystko dodawało ludziom ducha.

Od końca lat 70. coraz większą popularnością cieszyły się pielgrzymki piesze do Żemaicių Kalvarija czy do Śilu-va - naszej litewskiej Częstochowy. Kiedyś doliczyliśmy się około 4 tys. młodych ludzi. Mieliśmy megafony, żeby łatwiej było wspólnie modlić się z tą rzeszą. Śmiałem się, że jak krzyknę w ten megafon, to w Moskwie usłyszą.

Umacniała nas postawa kard. Stefana Wyszyńskiego. Był dla nas wzorem miłości Kościoła i odwagi w stosun­ku do komunistów. Staraliśmy się robić to tak, jak Polacy. Wyszło nam nie najgorzej, choć w stosunkach z Polakami mieliśmy też różnice zdań. Pamiętam, jak w łagrze dużo dyskutowaliśmy o naszej wspólnej historii i o wizji przy­szłości. Spieraliśmy się po przyjacielsku. Gdy wychodzili­śmy z łagru, pożegnaliśmy się jak bracia. Wiele lat później, podczas pogrzebu prałata Kucińskiego w Barze na Ukra­inie, powiedziałem nad jego trumną: „To wielkie szczęście, żeśmy byli w łagrze. Przedtem myśleliśmy, że Kościół jest litewski, polski, ukraiński. A teraz zrozumieliśmy, że jest katolicki. Dzięki łagrowi mogliśmy popatrzeć na siebie nie przez narodowe okulary, a przez katolickie. I wyszło nam to na dobre".

Naprawdę dziękuję Bogu za czas spędzony w łagrze. To były dobre lata, nie zamieniłbym ich na inne.

Rozmawiał Paweł Wołowski Wilno, listopad 2002

 
 
  Sukurta padedant Arkivyskupui S.Tamkevičiui SJ & windows vista forum