gototopgototop
    
 
     
 
 
 
   
 
     
 
 
Nawrócony w obozie Spausdinti El. paštas


Nawrócony w obozie

Rozmowa z Petrasem Plumpą-Pluirą

 

Petras Plumpa-Pluira urodził się w 1939 r. w ro­dzinie drobnych rolników na północy Litwy (oko­lice miasta Rokiśkis). Już w szkole podstawowej, od 1954 r., działał w młodzieżowej organizacji anty-sowieckiej, współredagował podziemne pisemko oraz rozpowszechniał ulotki. Tego typu działalność kontynułował po podjęciu pracy zawodowej (pra­cował od 1956 r. kolejno w kilku elektrowniach na Litwie). W 1958 r., w litewskie Święto Niepodległoś­ci (16 lutego) na kominie w miasteczku Petraśiunai wywiesił litewską flagę. W tym samym roku został aresztowany i skazany. Po odbyciu siedmioletniej kary wrócił w 1965 r. na Litwę i pracował fizycznie, zajmując się zarazem powielaniem katechizmów i li­teratury religijnej. Od 1969 r. stało się to jego jedy­ną działalnością: zrezygnował z pracy państwowej, zmienił nazwisko na Pluira i poświęcił się wyłącznie działalności wydawniczej w podziemiu. Od począt­ku istnienia „Kroniki" współpracował także z jej wy­dawcami, za co w 1973 r. został znowu aresztowany i skazany na 8 lat pozbawienia wolności. Po odbyciu kary w kilku łagrach i w więzieniu, w 1981 r. wró­cił na Litwę, gdzie do 1989 r. utrzymywał się z pracy fizycznej. W tymże roku został redaktorem naczel­nym czasopisma „Caritas", a rok później - współ­redaktorem katolickiego tygodnika „XXI amźius" („XXI wiek"). Od 1991 r. pracował jako kurator oświaty w Kownie. W latach 1992-1993 był dyrekto­rem generalnym formującego się litewskiego wywia­du (Saugumo tarnyba), zaś w latach 1993-2001 - do­radcą rządu do spraw religii. W niepodległej Litwie stale działał wśród młodzieży, współpracując m.in. z katolicką organizacją młodzieżową „Ateitis".

- Pierwszy raz został Pan skazany w wieku 18 lat...

- Za działalność wrogą wobec państwa sowieckiego. Moja rodzina była antysowiecka - biedna, ale antyso-wiecka. W 1944 r., gdy już przyszli Sowieci, a na Litwie byli jeszcze Niemcy, gen. Povilas Plechavićius stworzył armię ochotników, która miała wywalczyć niepodległość. Zamysł był następujący: oddziały ochotników wystąpiły­by przeciw nadciągającej armii sowieckiej i przypuściły­by atak na Niemców, gdy ci będą w odwrocie, walczący Litwini zostaliby wsparci przez desant zachodnich alian­tów, i w ten sposób Litwa stałaby się niepodległa, wyzwo­lona zarówno od Niemców, jak i od Sowietów. Niestety, plan się nie powiódł. Mój ojciec i starszy brat byli potem w partyzantce. Gdy zbliżali się Sowieci, starszy brat miał możliwość wyjazdu na Zachód, ale zrezygnował mówiąc, że ktoś przecież musi walczyć.

Zarówno mój ojciec jak i obaj bracia spędzili wiele lat w sowieckich łagrach za działalność niepodległościową i antysowiecka. Mając taki przykład z domu, również ja postanowiłem walczyć o niepodległość. W 1954 r. założy­liśmy w szkole organizację antysowiecka. Razem z przyja­ciółmi zaczęliśmy wydawać w szkole gazetę antysowiecka „Laisves balsas" („Głos Wolności"). Następnie w 1957 r. w Kownie, już jako studenci, stworzyliśmy organizację podziemną. Mieliśmy swoich członków także w Wilnie.

Celem organizacji było odrodzenie ducha patriotyzmu wśród młodzieży i w narodzie, kultywowanie i ochrona dziedzictwa narodowego. Dlatego z okazji świąt posta­nowiliśmy rozwieszać litewskie flagi. W Dzień Niepod­ległości, 16 lutego 1958 r., na budynku elektrociepłowni w Kownie na wysokości 80 m, zawiesiliśmy litewską flagę. Po miesiącu nas wytropili i skazali na kary więzienia od 2 do 10 lat.

Założyciela skazano na 10 lat, kogoś innego na 8, a ja i jeszcze jedna studentka dostaliśmy po 7 lat. Odsiadywa­łem wyrok w Mordwinii i w 1965 r. wróciłem na Litwę. Po powrocie pracowałem w kołchozie, potem przeniosłem się do miasta, a już od 1968 r. zacząłem zajmować się tym, co mnie zainteresowało jeszcze w łagrze: religią. W łagrze było wielu wierzących: teologów, księży, członków sekt, konwertytów. Np. Żyd Feliks Karsawin dostał się do łagru jako marksista, a następnie przyjął chrzest jako katolik. Duży wpływ wywarli na niego polscy księża zakonnicy, szczególnie jeden profesor, którego nazwiska nie pamię­tam, a także księża litewscy. W obozie nr 7 w Mordwinii konwertyci założyli międzynarodową katolicką „jaczejkę", do której ja też należałem. Był tam Żyd, Gruzin, Rosjanin, Litwin i inni.

Zbieraliśmy się co wieczór, prowadziliśmy dyskusje. Wtedy zrozumiałem, że żaden naród nie może się odro­dzić, jeśli nie przejdzie moralnej i duchowej odnowy Dla­tego po powrocie z łagru zająłem się rozprowadzaniem literatury religijnej, którą dostawaliśmy z Zachodu dzięki moskiewskim dysydentom. Miałem już liczne kontakty z Moskwą, z byłymi więźniami łagrów. Woziłem im wia­domości o Litwie, a oni umieszczali je w moskiewskiej „Kronice Wypadków Bieżących", wydawanej m. in. przez Siergieja Kowaliowa i Tatianę Wielikanową. W 1968 r. przeszedłem całkowicie do konspiracji - rzuciłem pracę

i zająłem się wyłącznie kolportażem podziemnej literatu­ry religijnej, teologicznej i dysydenckiej.

Większość książek o tematyce filozoficznej i teologicz­nej była wydawana na Zachodzie staraniem diaspory li­tewskiej. Książki te, w pojedynczych egzemplarzach, były przywożone przez turystów lub przez tych księży, którym władze zezwoliły na odwiedzenie Watykanu lub spotka­nie z krewnymi. Robiliśmy kopie tych książek i nielegal­nie rozprowadzaliśmy.

-      Z „Kroniki" wynika, że na procesie zaczął Pan bar­dziej krytycznie postrzegać ideę narodową. Mógłby Pan wyjaśnić dlaczego?

-      Po wojnie na Litwie powstały dwa przeciwstawne sobie obozy: rosyjscy okupanci i litewscy patrioci. Dla młodzieży były to główne polityczne punkty odniesienia, a litewski nacjonalizm był w tym przypadku ideologiczną podporą długotrwałego oporu. Jednak faktycznie wroga­mi nie byli Rosjanie, a Sowieci-komuniści. W łagrach ta prawda stała się dla mnie oczywista.

Po 1955 r. zezwolili na przysyłanie do obozu nie tylko jedzenia, lecz także książek. Dlatego pozostająca na wol­ności rodzina przysyłała więźniom rozmaite interesujące lektury. Przyjaciele z Litwy przysyłali np. książki religij­ne, wydane przed wojną. Pośród autorów, których wten­czas przeczytałem, byli m.in. Gandhi, Taine, Dostojewski, św. Franciszek Salezy, różni katoliccy pisarze XX w. oraz dzieło z filozofii jogi. Zacząłem dostrzegać, że wiara ka­tolicka jest fundamentem, na którym mogę oprzeć mój świat wartości.

W grupie katolickiej, z którą się związałem, był kapłan, który bardzo silnie wpłynął na mój światopogląd. Był to ks. Algirdas Mocius, który w łagrze wyróżniał się ascety­zmem: całe jedzenie, które otrzymywał w paczkach, roz­dawał innym więźniom, a sam jadł tylko strawę obozową. Przypominał mi nieco francuskiego świętego, Jean-Ma-rie Vianneya. Od niego dostałem opis cudu fatimskiego z 1917 r. Tekst ten zrobił wielkie wrażenie nie tylko na mnie, lecz także na innych wątpiących katolikach.

W tamtych czasach miałem wiele wątpliwości natury filozoficznej i religijnej, zasianych jeszcze w szkole przez sowiecką propagandę ateistyczną. Dlatego też zbierałem wszystkie ateistyczne książki po rosyjsku, tłumaczenia z francuskiego, czytałem też deistów: Woltera, Monte­skiusza, Diderota, Rousseau oraz innych myślicieli, sięga­łem po książki o tematyce antykościelnej. Zapisywałem sobie co mocniejsze argumenty przeciw Kościołowi kato­lickiemu i sprawdzałem, czy mam jakieś kontrargumenty czy nie. Wciągnęło mnie to.

Aż przyszedł moment, gdy stwierdziłem, że wszystkie argumenty przeciw Kościołowi tracą znaczenie. Pewnego dnia na spotkaniu grupy, gdy czytałem fragment poświę­cony Eucharystii w „O naśladowaniu Chrystusa", poczu­łem, że wszystko jest już dla mnie jasne. Przerwałem, po­wiedziałem przyjaciołom, że oto dzisiaj wszystkie moje wątpliwości się rozwiały. Był to nagły zwrot.

Od tego czasu jeszcze bardziej zagłębiałem się w tę te­matykę. Interesowało mnie dlaczego Bóg - Wszystkowie­dzący - stworzył człowieka, wiedząc, że upadnie... Po co go stworzył? A może nie mógł nie stworzyć? Dlaczego, dla­czego, dlaczego... Poznawałem znaczenie znaków liturgicz­nych: co symbolizuje znak krzyża, dlaczego Bóg odkupił człowieka w Drugiej Osobie, to znaczy Bóg Syn, a nie Bóg Ojciec - wszak „wymyślił" człowieka Bóg Ojciec? Te i inne pytania nurtowały mnie, na wszystkie sam znalazłem od­powiedzi, potwierdzenie niektórych z nich znajdowałem potem w literaturze. Dzięki temu, gdy pracuję z młodzieżą, która ma podobne pytania, mogę na nie odpowiedzieć.

W łagrze zrozumiałem, że wiara jest główną drogą odrodzenia narodu. Gdy wróciłem na Litwę, zacząłem rozprowadzać książki, które mogły w tym pomóc. Od 1972 r., zacząłem współpracować przy wydawaniu „Kro­niki". „Kronika" - to odwzorowanie faktów, ich lustrzane odbicie. Zachód był zainteresowany tylko faktami. Także w Moskwie, gdy tam przyjeżdżałem z materiałami, mó­wiono mi, że nie trzeba żadnej interpretacji, żadnej bele­trystyki, tylko nagą prawdę.

-       Czy pamięta Pan prace nad pierwszym numerem „Kroniki"?

-       Ks. Sigitas Tamkevićius, który pracował w Simnas, 100 km na południe od Wilna, powiedział mi, że potrze­bują kogoś, kto redagowałby numer pod względem sty­listycznym. Zgodziłem się. W praktyce zadanie okazało się trudniejsze niż przypuszczaliśmy. Ksiądz przywiózł mi materiał, przepisałem wszystko jak należy i przy­gotowałem do druku. Wówczas przyjechał do mnie po raz drugi, odebrał i zawiózł z powrotem. To wszystko musiało być robione w tajemnicy - ja działałem prze­cież w podziemiu, a on był już notowany jako dysydent. A kiedy jeździ się na motocyklu w jedno i to samo miej­sce parę razy po 100 km, człowiek naraża się na ogrom­ne niebezpieczeństwo.

Wówczas zdecydowaliśmy, że począwszy od drugiego numeru, on sam już będzie przepisywał, a ktoś mu w tym pomoże. Tak więc zbierali materiał i wydawali sami, a ja zająłem się tylko powielaniem. Przywoził do mnie już zredagowany tekst, ja go powielałem w 100 egzempla­rzach na powielaczu typu ERA i oddawałem. Inni ludzie zajmowali się kolportażem. Ks. Tamkevićius zawsze foto­grafował każdy kolejny egzemplarz i starał się ten mikro­film przekazać na Zachód.

- Proszę opowiedzieć, jak Pana aresztowano?

-   W dniu mego aresztowania, 19 listopada 1973 r., w całej Litwie przeprowadzono około 50 rewizji. U mnie również. W mieszkaniu znaleźli tylko numer przygo­towany do kopiowania i jakąś książkę. To wszystko. Nic szczególnego nie znaleźli, ale aresztowali. Dowodów winy było jednak za mało, więc dopisali jeszcze, że samowolnie zmieniłem nazwisko. To była prawda, chciałem uchronić żonę przed ewentualnymi kłopotami, schowałem więc dokumenty, bo i po co komu dokumenty w Związku Ra­dzieckim, szczególnie jeśli działa w podziemiu? Tu wyja­śnię, że literaturę religijną zacząłem kolportować w 1968 r., a od 1969 r. pracowałem już tylko w podziemiu. Wpraw­dzie oficjalnie mieszkałem ze swą rodziną w komunałce15 w Kownie, ale pracowałem nielegalnie. Znikałem na kilka miesięcy, często zmieniałem mieszkania, a KGB mimo starań nie mogło mnie wytropić. Przez cztery lata udawa­ło mi się unikać agentów. Ostatecznie aresztowali mnie, gdy byłem w swoim mieszkaniu, razem z rodziną.

15 Komunałka - budynek komunalny o niskim standardzie, slums. Często był to kiedyś okazały apartament, w którym lokowano wiele rodzin, korzysta­jących z jednej kuchni i łazienki.

Według ówczesnego sowieckiego prawa, jeśli człowiek kiedykolwiek sądzony zmienił dokumenty, np. paszport, otrzymywał co najmniej 3-letni wyrok. Pomyślałem, że mogło to mieć zastosowanie do mnie, gdyż faktycznie nic na mnie nie mieli. Dopiero pół roku po moim aresztowa­niu i po dalszych aresztowaniach, niektórzy zaczęli zezna­wać przeciwko mnie, twierdząc, że z nimi pracowałem. A więc z zeznań tych ludzi mogli to wywnioskować - ja sam się nie przyznałem. Aresztowali nas, nie mając kon­kretnych dowodów. I nie złapali prawdziwej redakcji.

Redaktorzy pozostali w cieniu. Spośród aresztowanych tylko ja wiedziałem, kto był redaktorem. A ja na śledztwie byłem małomówny: „Dzień dobry". „Dzień dobry". Za­dają pytanie, a ja siedzę. Trzy godziny mijają. „Podpisz". „Nie podpiszę". „Dlaczego?" Wyjaśniam. Wtedy przycho­dzi inny śledczy i grozi: „Jeśli dalej tak będziesz się za­chowywać, dostaniesz więcej niż wszyscy inni". I rzeczy­wiście, dostałem 8 lat. Cały proces był robiony na pokaz, z naruszeniem - w pięciu przypadkach - Kodeksu Postę­powania Karnego. Ja na procesie wszystko to powiedzia­łem. A mój przyjaciel, Virgilijus Jaugelis, który po łagrze przyjął w podziemiu święcenia kapłańskie, powiedział, że powinniśmy być sądzeni nie my, ale ci, którzy nas sądzą, bo to oni są prawdziwymi przestępcami.

 

-   Czym różnił się drugi pobyt w łagrze od pierwszego?

-   Nie musiałem już niczego poszukiwać w warstwie ideowej. Światopogląd miałem ukształtowany, wiedziałem dokładnie za co siedzę, nie miałem żadnych wewnętrz­nych wątpliwości. Natomiast od strony psychicznej było trudniej.

Za pierwszym razem było lżej ponieważ wszystko w ła­grze mnie interesowało: tyle tam było narodowości, cha­rakterów ludzkich, religii i wyznań. Wówczas zacząłem zbierać materiały o genezie charakteru narodów, badać, na ile wiara i religia mają wpływ na charakter narodowy. W łagrze, w ekstremalnych warunkach, to wszystko widać jak na dłoni. Trudne warunki życia ujawniają najgłębsze cechy narodu.

 

-   Czy mógłby Pan podać jakieś przykłady?

-   Narody, które praktykowały siedem sakramentów, czy to w tradycji katolickiej, czy prawosławnej - Gruzi­ni, Ormianie i inni - w trudnych warunkach nie tracą

ducha poświęcenia i są w stanie poświęcić się za innych. To przecież cecha Chrystusa. Narody, które dawno przy­jęły chrześcijaństwo, częściej przejawiają tę cechę: Ormia­nie, Rosjanie, Litwini... Protestanci już nie, nie żywią się tym Chlebem.

Co jeszcze zauważyłem: niemoralny katolik czy pra­wosławny także się wyróżnia. Zły człowiek katolickiej lub prawosławnej proweniencji jest o wiele gorszy niż zły protestant. U katolików i prawosławnych amplitu­da moralnych postępków jest bardzo szeroka: z jednej strony - dążą do świętości, z drugiej - są bliżej szatana. Jak Judasz. A u protestantów tego nie ma. U nich nie ma szczególnego ducha poświęcenia, ale i skłonności do szczególnego okrucieństwa. U nich dominuje raczej nie miłosierdzie, a sprawiedliwość. Tymczasem u katolików i prawosławnych sprawiedliwość nie bardzo jest w cenie. Jeśli człowiek czegoś potrzebuje, oddamy mu nie to, co mu się sprawiedliwie należy, dostanie raczej to, czego po­trzebuje. Tak więc ważne jest miłosierdzie i rodzinne rela­cje. Z drugiej jednak strony, jeśli prawosławny czy katolik jest złym człowiekiem, staje się bardziej chciwy, bardziej agresywny, bardziej okrutny i przebiegły...

-      Kiedy Pan poczuł w jakiś szczególny sposób, że Boże Miłosierdzie jest z Panem?

-      Przeżyłem nawrócenie podczas lektury „O naślado­waniu Chrystusa". Wielkie wrażenie wywarły na mnie fragmenty mówiące o Bożym Miłosierdziu. W książce były też zapiski jakiegoś księdza. Jak się potem okazało, były to teksty Faustyny Kowalskiej, której wtedy nie znałem. Od tamtej pory Boże Miłosierdzie stało się dla mnie głów­nym wyznacznikiem w życiu. Czym odróżnia się katolik od ludzi innych wyznań? Tym, że miłosierdzie powinno być jego główną cechą, jeśli jest on naśladowcą Chrystusa.

I gdy ktoś mnie pyta, czy chciałbym pociągnąć czekistów do odpowiedzialności karnej, odpowiadam, że mnie to nie interesuje, nie czuję takiej potrzeby. To są biedni ludzie, niektórzy pozostali arogantami, ale Bóg z nimi.

-      Czy może Pan podać przykłady sytuacji, w których odczuł Pan łaskę Bożego Miłosierdzia?

-      Kiedy wróciłem z łagru i po raz pierwszy poszedłem do spowiedzi, po przeszło 10 latach - ostatnio byłem jako dziecko - poczułem przypływ ogromnego duchowego ciepła. Jakieś pół roku później rozmawiałem z pewnym partyzantem i on mi powiedział: „Wiesz, co o tobie opo­wiadał jeden ksiądz?". I mówił, że w tym kościele, gdzie po raz pierwszy się spowiadałem, jakiś inny ksiądz, któ­ry spowiadał w sąsiednim konfesjonale, gdy spojrzał na mnie, ujrzał nad moją głową srebrną poświatę. Trwało to krótką chwilę, po czym blask zniknął zupełnie. Myślę, że on słusznie zauważył, że zgodnie z moim wewnętrznym odczuciem, rzeczywiście wpadłem wtedy do oceanu Bo­żego Miłosierdzia. Było to bardzo szczególne przeżycie.

-      Zanim dostał się Pan do łagru, około dwóch miesięcy przebywał Pan z kryminalistami.

-      W drodze z Litwy do obozów politycznych na Ura­lu były punkty przystankowe w Orszy, Mińsku, Pskowie oraz w Moskwie. Na tych etapach byliśmy w celach razem z kryminalistami. Jeśli coś miałeś przy sobie: żywność, pieniądze - zabierali. Konwojenci zabierali krzyżyki, mó­wili, że to niedozwolone. Dlaczego niedozwolone - nie wiadomo. W myśl jakiego prawa? Niecenzuralne słowa padały na każdym kroku.

Wiozłem trochę żywności, bo myślałem, że w łagrze spotkam starych znajomych, z którymi się podzielę. Ale po drodze kryminaliści wszystko mi zabrali. Brutal­nie, z pogróżkami. Konwojenci też pełni byli nienawiści, z kryminalistami obchodzili się nawet lepiej, gdyż w na­szych kartotekach było napisane: osoba niebezpieczna, wróg państwa. I patrzyli na nas gorzej niż na morderców. Wróg ideologiczny - to już niebezpieczeństwo, a jeśli na dodatek wierzący - to już zupełnie źle. W drodze, na tzw. etapach, byłem trzy miesiące i nie miałem chwili spokoju. Dzień i noc przekleństwa, hałas. Światek kryminalny bu­dzi się do życia nocą. Czego tam nie było: narkotyki, ma­sturbacje. Atmosfera okropna.

 

- Jakie było najgorsze doświadczenie z łagru?

- Żona otrzymała, chyba z zagranicy, obraz Chrystu­sa Miłosiernego - reprodukcję mozaiki. Przesłała mi ją do obozu. A czekiści odebrali mi ten obraz i nie odda­wali. Rozpocząłem strajk. Wtedy skrępowali mnie i bili. Czterech KGB-istów zawlokło mnie do karceru, na 14 dni. Było tam strasznie zimno. W dzień siedziało się skulonym na pieńku, a nocą z zimna nie można było spać. Jedzenia dawali za 10 kopiejek na dobę.

To jeden z przykładów. Poza tym w łagrze były straj­ki. Jeśli kogoś pobito, ogłaszaliśmy strajk i nie wychodzi­liśmy do pracy. A gdy nie idziesz do pracy - trafiasz do karceru. W ten sposób przesiedzieliśmy tam szmat czasu. Ja zaliczyłem 192 dni - ponad pół roku. Protestów było sporo. Siedziałem razem z Sergiejem Kowaliowem, z któ­rym poznałem się na Litwie, gdy przyjeżdżałem do niego do aresztu. Jego sądzili w Wilnie. Stamtąd przywieźli go na Ural, do 36. obozu w Obwodzie Permskim, gdzie i ja trafiłem. Po roku zachorował - jak się wówczas wydawa­ło - na raka jelit. Lekarze zrobili rozpoznanie, ale zwlekali z operacją. Widocznie czekali, aż nastąpi trzecie, czwarte stadium choroby, a wtedy nie będzie już ratunku. Stwier­dziłem, że coś trzeba zrobić. Napisałem list do naczelnika łagru, w którym nazwałem czekistów sadystami: najpierw wsadzili mnie do karceru za obraz Chrystusa Miłosierne­go, a teraz chcą fizycznie wykończyć Kowaliowa, więc nie biorą go do szpitala. Zaproponowałem, żeby mnie wsa­dzili do więzienia, czy gdzieś wywieźli, a Siergieja zawieź­li do szpitala. Zapowiedziałem, że licząc od dnia wysłania listu nie wychodzę do pracy aż do czasu, gdy Kowaliow zostanie zawieziony do szpitala.

Zwykle nie uczestniczyłem w politycznych strajkach ani w głodówkach, bo uważałem iż głodówka to odwrot­na forma religijnego postu. Kiedy człowiek pości, zwra­ca się do Boga. A kiedy prowadzi głodówkę, zwraca się do władz. Inaczej mówiąc, prosi nie Boga, a władze. I na dodatek sam siebie niszczy. Uważałem, że jest to amoral­ne. Natomiast odmowa pracy - to tak. To postanowienie przyjąłem w pierwszy dzień Wielkiego Postu. I nie wy­chodziłem do pracy cały tydzień. Co dziwne, nie wsadzili mnie do karceru. Zwykle na trzeci dzień już się tam było. A tu już 7 dni minęło... Widocznie bali się, że za mną pój­dzie cała zona16.

 

- Miał Pan oparcie w kolegach-współwięźniach?

- Tak, oczywiście. Tego dnia, kiedy zacząłem strajko­wać, wszyscy czekali, co ze mną będzie. W końcu wezwał mnie naczelnik i mówi: „Jest decyzja. Jeśli wrócisz do pra­cy, to Kowaliow zostanie przewieziony do szpitala". Po­szedłem do pracy, a jego rzeczywiście tego samego dnia przewieźli do szpitala na operację.

16 Zona (strefa) - część obozu, do której była przypisana pewna liczba więź­niów.

W rozmowie z pewnym partyzantem, z którym dużo dyskutowałem na tematy teologiczne, przyznałem się, że jest to z mojej strony swego rodzaju ofiara za Kowaliowa.

Gdy po kilku miesiącach Siergiej wrócił ze szpitala, ten człowiek powiedział, że już inaczej patrzy na świat. Uznał Chrystusa za Boga i zaczął się modlić. Nie przyjął jednak prawosławia, gdyż zraziło go zachowanie prawosławnych księży i patriarchów, których nazywał agentami KGB. Za­przyjaźnił się natomiast z naszymi księżmi, w tym z obec­nym bp. Tamkevićiusem.

To było zadziwiające: chyba pierwszy raz zdarzyło się, że za odmowę pójścia do pracy nie wsadzili więźnia do karceru. A to, że człowiek - mój rozmówca - któremu w żaden sposób nie mogłem dowieść swoich racji, nawra­ca się - to chyba kolejny cud.

Ten przykład utwierdził mnie w przekonaniu, że dys­kusje i racjonalne dowody nie przynoszą owoców w spra­wach wiary, jeśli brakuje modlitwy i ducha ofiary. Wła­śnie tego uczył nas kiedyś w łagrze ks. Mocius. Żal, że takiego sposobu modlitwy nie przyjąłem jako postawy na całe życie. Chyba dlatego wiele problemów pozostało nie­rozwiązanych. Myślę zarazem, że jest to problem naszego narodu i całego zachodniego chrześcijaństwa.

-      Czy po odsiedzeniu drugiego wyroku dalej współpra­cował Pan z „Kroniką"?

-      Gdy wróciłem z łagru, nawiązałem z nimi kontakt, ale nie włączyli mnie do swojej działalności. Po powrocie byłem bowiem objęty kwarantanną: miałem zakaz opusz­czania miejsca pobytu.

Mieszkałem wtedy razem z żoną i trojgiem dzieci w ma­łym miasteczku, oddalonym 20 km od Kowna. Od 6.00 wieczorem do 9.00 rano nie mogłem wychodzić z domu i byłem pod ciągłym nadzorem milicji. Cały rok. Wokół pełno było szpiegów. W drugim końcu domu mieszkał milicjant, który miał aparat podsłuchowy. KGB zapisy­wało, kto do nas przychodził, podsłuchiwało nasze roz­mowy. Ich aparatura była tak czujna, że wyławiała nawet szepty. Zapisywali numery rejestracyjne samochodów, które podjeżdżały pod dom. W tej sytuacji nawiązanie kontaktu z wydawcami „Kroniki" było bardzo niebez­pieczne. Ale mimo wszystko przyjeżdżali do mnie, po­magali. Chodziliśmy na spacery do lasu i tam swobodniej rozmawialiśmy. Jednak sam ich przestrzegałem, że każde spotkanie z kimś takim jak ja oznacza dla nich śmiertelne niebezpieczeństwo. Byłem jak zadżumiony. Praca w pod­ziemiu nie wchodziła w grę.

-      Interesuje mnie Pana spojrzenie na ówczesne litew­skie społeczeństwo. Czy wracając z obozu po kilkuletnich wyrokach - pierwszy raz w 1965, potem w 1981 r. - widział Pan jakieś znaczące przemiany społeczne, w tym zmiany w relacjach między ludźmi a władzą?

-      Kiedy wróciłem po pierwszym zesłaniu w 1965 r., zmiany były ogromne. Na wsiach polepszyły się warunki życia, zniknęła nędza. W wyniku reformy rolnej przepro­wadzonej przez Chruszczowa w kołchozach był znacząco wyższy poziom życia. Jednocześnie jednak z kościołów zniknęła młodzież. Wtedy też po raz pierwszy usłyszałem z wielkim zdziwieniem, jak młode dziewczyny, studentki, strasznie przeklinają po rosyjsku. Pojawiła się jakaś kry­minalna antykultura - tego wcześniej w ogóle nie było.

Gdy za drugim razem wróciłem z łagru, odczułem że społeczeństwo na Litwie odważniej występuje przeciwko władzy, podpisuje otwarte apele, organizuje zgromadze­nia, ludzie poczuli jakieś wsparcie. Możliwe, że to dzięki podziemnym wydawnictwom oraz przekazom radiowym z zagranicy, ludzie przestali bać się.

Gdy wyszedłem na wolność w 1981 r., ludzie przyjeż­dżali do mnie, swobodnie rozmawialiśmy i otwarcie wy­powiadaliśmy poglądy. Pojawiły się nowe ruchy polityczne, chociaż bez określonej struktury organizacyjnej. Wy­raźnie widziałem i czułem, że naród dojrzał do jakiegoś czynu, że już się nie boi. Patrzy krytycznie, z jawną iro­nią - na komunizm i na breżniewowski reżim. Czułem, że zbliża się odwilż.

Wracając jeszcze do wrażeń z łagrów, to o ile za pierw­szym razem spotkałem mnóstwo różnej maści marksi­stów i ateistów, o tyle podczas drugiego pobytu uderzyło mnie, że zniknęli ateiści. W łagrze dla politycznych prak­tycznie nie było ludzi niewierzących w Boga! Ten drugi kontyngent - to była prawie sama inteligencja i wszyscy w jakimś stopniu wierzący. Pojawiła się też inna tenden­cja: zniknęły wąskie grupy ideologiczne o charakterze na­cjonalistycznym, a na pierwsze miejsce wysunęły się albo ruchy demokratyczne, opowiadające się za obroną praw człowieka, albo religijne. Organizacje te współpracowały ze sobą.

-      Jak wyglądała sytuacja w ruchu dysydenckim na Li­twie w latach 60. i 70. XX w.?

-      W latach 1966-1967 w ogóle nie było antysowiec-kich ruchów, żadnej konspiracyjnej działalności, głucha cisza. Przełom nastąpił dopiero w 1968 r., kiedy zaczę­ły się wystąpienia we Francji, potem w Czechosłowacji. W Rosji powstał ruch dysydencki w obronie praw czło­wieka i założono „Kronikę Wypadków Bieżących". Na Litwie zaczęto wydawać literaturę podziemną. Powstał ruch o zasięgu ogólnoeuropejskim. Trudno powiedzieć, jak to się stało, że w jednym czasie i w Rosji, i na Litwie, i we Francji, i w Czechosłowacji, i nawet w Anglii poja­wiły się takie ruchy - chociaż w ideowej sferze odmien­ne. We Francji był to ruch skrajnie lewicowy, podczas gdy na Litwie - prawicowy, o zdecydowanie religijnym zabarwieniu.

-      Jaka Pana zdaniem była rola „Kroniki" i religii w pro­cesie odnowy w latach 80. ?

-      Pieriestrojkę, trzeba przyznać, zapoczątkowało samo biuro polityczne KC KPZR i KGB. W łagrach siedzieli wtenczas ludzie nowego pokolenia - wykształceni w spra­wach politycznych, mający kontakty w moskiewskich krę­gach akademickich, zajmujący się prognozą polityczną. To oni twierdzili, że Związek Radziecki nie może konku­rować z Ameryką w wyścigu zbrojeń. Dlatego konieczne są reformy ustroju państwowego, lub co najmniej pójście drogą obraną przez Węgry i Chiny, tj. swobody ekono­micznej. I rzeczywiście, KGB postanowiło, że pieriestroj­ka to wolność myśli w sferze ekonomicznej, to nowy NEP, jak za czasów Lenina. W ten sposób będzie można umoc­nić gospodarkę, a silna gospodarka da możliwość konku­rowania z Ameryką w sferze zbrojeń. Tak więc początek wziął się z partii, z KGB.

Ale oni nie wzięli pod uwagę jednej sprawy: że w spo­łeczeństwach azjatyckich, np. w Chinach, wystarczy ogło­sić pieriestrojkę tylko w sferze ekonomicznej i nikt nie będzie oponował. W krajach europejskich, szczególnie tych o mentalności chrześcijańskiej, człowiekowi nie wy­starcza chleb, nie wystarcza gospodarka. Wielu ludzi na pierwszym miejscu stawia sprawy ideowe: humanizm, kwestie narodowe, religijne. Jeśli pieriestrojka oznacza też wolnoścć słowa, to - w narodach chrześcijańskich - na pierwsze miejsce wysuwa się człowiek. Tak było na Litwie, na pierwszym miejscu postawiono człowieka oraz ideę wolności narodowej i religijnej.

Na Litwie powstało 17 podziemnych periodyków. „Kro­nika" była pierwsza, druga była „Auśra" - też o katolickim charakterze i wiele innych, przeważnie katolickich. Ale były też czysto nacjonalistyczne lub na poły socjalistyczne czasopisma. Te publikacje czytało wielu ludzi.

„Kronika" dała impuls, udowodniła, że można publi­kować, łamiąc tym samym ideologiczny i wydawniczy monopol państwa. Wszyscy widzieli, że wychodzi ona rok, dwa lata, cztery i nakład stale się zwiększa, że jest czyta­na w Radiu Watykańskim i w Głosie Ameryki, że, mimo aresztowań, wciąż istnieje. U wielu pojawiła się myśl, że i oni mogliby drukować. I zaczęli wydawać.

„Kronika" odegrała znaczną rolę w tym sensie, że ludzie zaczęli coraz odważniej dostrzegać swoje prawa i śmielej domagać się ich respektowania. I wyszli na ulice. Myślę, że rola „Kroniki" jako początkowego bodźca była znacząca.

Natomiast pieriestrojkę na Litwie przeprowadziła inte­ligencja partyjna, a nie katolicy.

 

- W Sąjūdisie nie było katolików?

-      Może jednostki, ale gros stanowiła partyjna inteli­gencja: pisarze, poeci, filozofowie. Nie był to ruch kato­licki. Ale oni wiedzieli już, co czuje naród, czytali prasę podziemną, znali nastroje społeczne.

-      Ale „Kronika", ludzie „Kroniki" nie występowali prze­ciw Sąjudisowi?

-      Nie. Niektórzy nawet uczestniczyli. Na pierwszy sejm, który zbierał się za pośrednictwem Sąjudisu, zaprosili tro­chę osób związanych z „Kroniką", z podziemnym wydaw­nictwem. Nikt nie opowiadał się przeciw Sąjudisowi, wręcz przeciwnie, wszyscy go wspierali, rozprowadzali jego pu­blikacje. Rozchodziły się one w ogromnych nakładach.

Komsomolskie gazety opowiedziały się za Sąjūdisem. Telewizja, radio, wszyscy, oprócz ortodoksyjnych komu­nistów.

 

- Chciałbym zapytać o głasnost' w Kościele. Wydaje mi się, że był to także problem redaktorów „Kroniki": jak pisać o kolaboracji wewnątrz Kościoła? Jak nie występując prze­ciw hierarchii, przeciw jedności, powiedzieć prawdę?

-     Pytanie na czasie.

-     Jak Pan widział ten problem w latach 70. i 80. i jak Pan go widzi teraz?

-     „Kroniki" oczywiście nie wspierali ci księża i biskupi, którzy byli wyznaczeni za zgodą lub z poparciem władz sowieckich. Nie było tajemnicą, że aby zostać biskupem należało uzyskać aprobatę KGB i tylko wtedy Watykan mógł tę kandydaturę zatwierdzić. Dlatego Stolica Apo­stolska musiała pójść na pewien kompromis. Mechanizm był taki: kandydaturę opiniuje litewski episkopat, potem uzgadnia ją z KGB i dopiero wtedy przesyła się ją do Wa­tykanu. A Stolica Apostolska decyduje: zatwierdzić ją czy nie. Czy dany kandydat będzie kolaborować z czekistami z wewnętrznych przekonań, czy tylko formalnie? Ta oce­na nie była łatwa.

Tak więc ci biskupi, za którymi stała władza sowiec­ka, nie poparli „Kroniki", dlatego że zmuszeni byli opo­wiadać się przeciw. Ale publicznie nie występowali. Jeśli Radio Watykańskie cytowało „Kronikę", również nie było im to na rękę. Ale jak tu krytykować Radio Watykańskie? Niezręcznie to i głupio.

W samej „Kronice" można było znaleźć artykuły kry­tyczne w odniesieniu do niektórych księży, a nawet władz kościelnych. I, przypuśćmy, czyta to jakiś wierzący i zży­ma się: „Jak to? Kto dał prawo jakiemuś anonimowemu wydawcy krytykować przedstawicieli Kościoła?". Pamię­tajmy jednak, że wszystkie artykuły przechodziły przez cenzurę kościelną, dlatego że mieliśmy podziemnych biskupów. Byli nimi Vincentas Sladkevićius i Julijonas Steponavićius. Do nich - biskupów, którzy byli odsunięci od władzy, ale przecież pozostali biskupami - wydawcy

„Kroniki" przyjeżdżali z tekstami do akceptacji. I jeśli oni nie wnosili uwag, znaczyło to, że treść publikacji nie była sprzeczna ze stanowiskiem Kościoła.

- Czy na początku lat 80. wierzył Pan w wolną Litwę?

-   Tak. W łagrze nawet spierałem się o to. W 1980 r. liczyłem, że Związek Radziecki przetrwa najwyżej 10 lat. Rozmawiałem o tym z Kowaliowem. On zupełnie w to nie wierzył. Po wyborze Jimmyego Cartera na prezyden­ta Stanów Zjednoczonych w 1976 r., wysłaliśmy do niego z łagru telegram z gratulacjami. Razem za mną podpisali się Rosjanin Siergiej Kowaliow, Ukrainiec Jewhen Swer-stiuk i Żyd Josif Mendelewicz. Oczywiście przekazać list z łagru było niepodobieństwem, ale akurat wychodził na wolność człowiek, który nauczył się tekstu na pamięć i przekazał go dysydentom, a oni posłali pozdrowienie Carterowi jako „Gwieździe Nadziei".

Rzeczywiście, żyliśmy nadzieją, że skoro Ameryka za priorytet swojej polityki zewnętrznej uznała program obrony praw człowieka, to coś z tego będzie. Dodał nam otuchy Reagan, kiedy wypowiedział wojnę ZSRR w wy­ścigu zbrojeń, i ujawnił, ile Ameryka przeznaczy na to pieniędzy. Okazało się, że Sowieci w żaden sposób nie będą mogli z nimi konkurować. Krach był nieunikniony. Było jasne, że albo zmienią system, albo będą musieli się poddać.

Odrodzenie narodowe na Litwie nie było dla mnie zaskoczeniem. Nawet, powiedziałbym, nie przeżywałem całej tej euforii. Wszyscy się cieszyli, czytałem o tym, ale ogłoszenie niepodległości nie było dla mnie jakimś szcze­gólnym wydarzeniem. Osobiście nie miałem z czego się wyzwalać, gdyż wewnętrznie cały czas byłem wolny.

Z drugiej strony myślę, że jeśli naród nie jest pod względem duchowym przygotowany do wolności, to poja­wiają się nowe problemy. Widziałem w pierwszych latach zesłania wielu skazanych młodych ludzi, którym brako­wało moralnej podstawy. I gdy wychodzili na wolność, rozkładali się, rozpadała się ich osobowość. Stając na wol­ności przed różnymi możliwościami, nie potrafili z nich korzystać.

Pomyślałem, że jeśli cała Litwa nie jest moralnie przy­gotowana, to wolność może ją zgubić. Trzeba bardzo ostrożnie budować całą politykę, uważając, by wolność nie stała się narzędziem lub drogą do zagłady. Wielu więź­niów politycznych zagubiło się. W obozach zachowywali się porządnie, a po wyjściu na wolność, rozpijali się. Wie­lu straciło własną dumę, godność. Myślałem, że tak może być z całym narodem. I teraz widzę, że niewiele się pomy­liłem. Rzeczywiście, naród nie umie korzystać z wolności.

Rozmawiał Paweł Wołowski Wilno, listopad 2002

 
 
  Sukurta padedant Arkivyskupui S.Tamkevičiui SJ & windows vista forum