gototopgototop
    
 
     
 
 
 
   
 
     
 
 
Przyjaciele Litwini Spausdinti El. paštas


Przyjaciele Litwini

Rozmowa z Siergiejem Kowaliowem

 

Siergiej Kowaliow urodził się w 1930 r.; rosyjski obrońca praw człowieka, więzień polityczny za cza­sów ZSRR, rzecznik praw obywatelskich w Rosji za prezydentury Borysa Jelcyna. Przyjaciel redaktorów „Kroniki", służył pomocą w przekazywaniu jej eg­zemplarzy na Zachód.

Działalność dysydencką w obronie praw człowie­ka podjął w 1967 r. W latach 1969-1974 uczestniczył w pracach Grupy Inicjatywnej na rzecz Obrony Praw Człowieka w ZSRR, poszukującej pomocy dla więź­niów politycznych. Od 1968 r. aż do aresztowania w 1974 r. był redaktorem „Kroniki Wypadków Bie­żących", cieszącego się dużym uznaniem podziem­nego biuletynu. Po trwającym rok procesie, w grud­niu 1975 r., został skazany na 7 lat kolonii karnej o zaostrzonym reżimie i 3 lata zesłania. Odzyskał wolność w 1984 r. Od końca lat 80. związany z legal­ną opozycją demokratyczną. W marcu 1990 r. został deputowanym Rady Najwyższej RFSRR. Wybrany przewodniczącym Komitetu ds. Praw Człowieka, przygotował amnestię dla wszystkich przebywają­cych jeszcze w łagrach więźniów politycznych.

Zdecydowany przeciwnik wojny w Czeczenii, ostro krytykował prezydentów Borysa Jelcyna i Wła­dimira Putina za zbrojną agresję przeciw republice. Domagał się poszanowania praw ludności cywilnej Czeczenii i ofiar wojny.

-      Co Pan może powiedzieć o ludziach „Kroniki Kościoła Katolickiego na Litwie": Nijole Sadunaite, Sigitasie Tamke-vićiusie i innych? Jacy oni byli? Jakie łączyły was więzi?

-      Były to więzi przyjaźni, mimo że nie spotykaliśmy się często. Z Petrasem Plumpą-Pluirą siedziałem potem w jednej zonie i w jednym więzieniu po wyjściu z łagru. Całą czwórkę, a więc: Zdebskisa, Plumpę, Tamkevićiu-sa i Sadunaite łączyła wspólna cecha - swoiste poczucie humoru. Lubili pożartować, śmialiśmy się, kiedy opowia­dali o różnych sytuacjach, w jakich się znaleźli. Swoista wrażliwość, życzliwość, pogoda ducha, poczucie humoru, dobroduszność - to była ich wspólna cecha. I w pewnym sensie są to cechy cywilizowanego człowieka wiary.

-      Jak zaczęły się wasze kontakty?

-      Pracowałem na Uniwersytecie Moskiewskim. W kil­kuosobowym zespole naukowców na Uniwersytecie Mo­skiewskim i w Instytucie Biofizyki Rosyjskiej Akademii Nauk zajmowaliśmy się zagadnieniami biofizyki. Tworzy­liśmy zgrany zespół i mieliśmy pewne osiągnięcia.

W tym czasie, w kowieńskim Instytucie Medycznym na Litwie, utworzono wydział, który szkolił badaczy-naukow-ców w dziedzinach nauk wspomagających medycynę. Była tam grupa młodych entuzjastów, wśród których wyróż­niał się młody - nieżyjący już dzisiaj - Alek Gutman. Poza

nim było jeszcze paru ludzi, których nazwisk nie pamię­tam, w większości matematyków i fizyków. Zainteresowa­li się pracami naszego zespołu w Moskwie. Nawiązała się współpraca naukowa, prowadziliśmy korespondencję, spo­tykaliśmy się, jeździliśmy na różne sympozja i konferencje. Litwini świetnie je organizowali, a oprócz tego przysyłali do nas swoich stażystów. W tym czasie na Uniwersytecie Moskiewskim powstał wydział molekularny, w którym znajdowały się międzywydziałowe laboratoria. Ja byłem kierownikiem oddziału w jednym z laboratoriów - labora­torium matematycznych metod w biologii.

Jako kierownik oddziału mogłem przyjmować staży­stów z Litwy, a z kolegami z Kowna umówiliśmy się, że będą nam przysyłać tylko zdolnych studentów. Trzeba przyznać, że stawiali tam poprzeczkę bardzo wysoko. Szkolili na­ukowców z prawdziwego zdarzenia. Przysłali więc do nas paru młodych ludzi z Litwy. Jednym z nich był Raśkinis, który wtedy nazywał się Arimantas Raśkevićius. To intere­sujący człowiek, głęboko wierzący katolik i bardzo zdolny uczony. Po odzyskaniu przez Litwę niepodległości przez parę lat był parlamentarzystą, a teraz powrócił do pracy naukowej. Był on jednym z absolwentów mojego oddziału, a potem został aspirantem.

Trzeba nadmienić, że całe nasze laboratorium, zarów­no w Instytucie Biofizyki, od którego się odłączyliśmy, jak i na uniwersytecie, tworzone było już według zupełnie innych wzorców niż sowieckie. Nasz kierownik dobierał ludzi rozsądnie, a nie według ankiet, i dzięki temu two­rzyliśmy całkiem spójny, przyjazny zespół. I takie stosun­ki mieliśmy ze wszystkimi.

 

-   Także z Litwinami...

- Z Litwinami także, oczywiście. To właśnie dzięki Raśkinisowi nawiązałem kontakt z tzw. litewskim ru­chem katolickim. Dosyć szybko, wykraczając poza naszą biofizyczną specjalizację, zaczęliśmy razem z kolegami z Litwy prowadzić otwarte rozmowy na różne tematy, w tym o prawach człowieka w Związku Radzieckim. I w sposób naturalny zaczęliśmy wymieniać się informacjami na temat sytuacji na Litwie, w Rosji, w Gruzji itp. Nigdy jednak z Arimantasem nie wypowiadaliśmy zdań typu: „Wiesz, biorę udział w redagowaniu »Kroniki Wypadków Bieżących«". „A ja, Sierioża, mam kontakty z wydawca­mi litewskiej »Kroniki«, którzy chcieliby nawiązać z tobą kontakt".

Skądinąd wydaje mi się, że Arimantas bardzo szybko zorientował się, że pracuję dla „Kroniki Wypadków Bieżą­cych", a w trakcie naszych rozmów i ja zorientowałem się, że on ma znajomości wśród ludzi, którzy na Litwie zajmu­ją się podobną problematyką. Któregoś dnia Arimantas zaproponował mi spotkanie ze swoim bliskim znajomym, Juozasem Zdebskisem, znamienitym litewskim księdzem, który niedługo potem, niestety, zginął w wypadku samo­chodowym. To był mój pierwszy litewski znajomy, ma­jący bezpośredni związek z podobnym ruchem społecz­nym na Litwie, i od niego, jak mi się wydaje, otrzymałem po raz pierwszy - bez napomknienia nawet o tym, że to dla „Kroniki Wypadków Bieżących" albo po to, żeby coś z tym zrobić - tekst w języku rosyjskim, będący streszcze­niem materiału z jednego z pierwszych numerów litew­skiej „Kroniki".

-      Jak wspomina Pan atmosferę spotkań z Litwinami z „Kroniki"?

-      Spotykaliśmy się u mnie albo u mojego dobrego zna­jomego, który nie był związany z ruchem dysydenckim -dlatego uważałem, że ryzyko wpadki w jego mieszkaniu jest mniejsze.

Na początku parę razy przyjechał Petras Plumpa, po­tem bardziej regularnie zaczęli jeździć Sigitas Tamkevićius i Nijolė Sadūnaitė. Nijolė była bardzo pomysłowa i lubiła różne maskarady. Przebierała się, malowała - i zmieniała się nie do poznania! Bardzo ją cieszyło, gdy nawet my jej nie poznawaliśmy.

Spotkania były krótkie. Wymienialiśmy się tekstami, siadaliśmy przy stole, czasami się napiliśmy - oczywi­ście tylko z Petrasem Plumpą. Nie pamiętam, żebym pił z Tamkevićiusem lub z Nijolė - może i proponowałem, ale oni odmawiali. Pogadaliśmy na różne tematy i roz­chodziliśmy się.

Na ile potrafiliśmy, staraliśmy się zabezpieczać. Nig­dy np. nie wymienialiśmy nazwisk tych, od których coś dostaliśmy lub którym coś przekazywaliśmy. Nikt z mo­ich litewskich przyjaciół nie wiedział, gdzie ja zaniosę to, co oni mi dostarczyli, ani kiedy wykorzystam to w pracy. Ani gdzie będę pracować. Ja także, gdy bywałem na Li­twie, nigdy nie pytałem, gdzie oni robią swoją „Kronikę" i jak ją robią.

-      Czy dobrze rozumiem, że nie było takiej umowy, iż ktoś z „Kroniki" litewskiej przywozi Panu jej kolejny nu­mer, a Pan przez swoje kontakty z ambasadami przesyła to dalej na Zachód?

-      Umowa była potem. Wcześniej nie było to sformali­zowane i wydaje mi się, że nawet się o tym szczegółowo nie mówiło. Jak to było? Pewne materiały przekazał mi podczas spotkania ks. Juozas Zdebskis. Ja, naturalnie, po­darowałem mu numery „Kroniki Wypadków Bieżących", które akurat miałem pod ręką: „Weź, przeczytaj, może cię to zainteresuje". Przy kolejnym spotkaniu otrzymał już numer „Kroniki Wypadków Bieżących", który zawierał nowy rozdział: „Wydarzenia na Litwie". I mógł znaleźć tam ten materiał, który mi wcześniej przekazał. Oczywi­ście, warto by było potem to przedyskutować, spotykać się częściej. Ale nic z tego - nie było na to czasu! Raz, drugi przyjechał Petras Plumpa, potem zaczęli jeździć bardziej regularnie Sigitas Tamkevićius i Nijolė Sadūnaitė.

Przywozili różne materiały po rosyjsku i po litewsku. Po litewsku to były spore teksty, czasami coś na kształt monografii, niewydane oczywiście w formie książkowej. Wtedy pytałem: „No, dobrze, a co z tym zrobić?". A oni: „Byłoby dobrze, jeśli ukazałyby się one za granicą". „Spró­buję - odpowiadałem. - A jaki adres?" „Chicago" - pada­ła odpowiedź.

Prosiłem swoich znajomych korespondentów lub dy­plomatów, by przy okazji przekazywali te materiały dalej. I zwykle taka możliwość nadarzała się wcześniej czy póź­niej. Jak już wspomniałem, w „Kronice Wypadków Bieżą­cych" pojawiła się stała rubryka: „Wydarzenia na Litwie".

-       Jakie kwestie interesowały was najbardziej? Jakie sto­sowaliście kryteria doboru materiału?

-       Kryteria wyboru były bardzo proste, takie same dla „Kroniki Wypadków Bieżących" i dla „Kroniki Kościoła Katolickiego na Litwie". To były przede wszystkim kwe­stie prawne, dotyczące naruszenia wolności obywatelskich i politycznych, w tym także wolności religijnej. Jasne, że naruszenie swobody wyznania miało miejsce nie tylko na Litwie, lecz także na terytorium całego Związku Radziec­kiego. W „Kronice Wypadków Bieżących" sporo pisaliśmy i o zielonoświątkowcach, i o baptystach „inicjatorach". W Związku Radzieckim byli baptyści, których władza to­lerowała, gdyż podkreślali swoją lojalność wobec niej, ale byli też tacy, którzy nazwali siebie inicjatorami i dążyli do zachowania pewnej niezależności. Tych w centralnej Rosji było najwięcej i oni podlegali silnym represjom.

-      To oczywiste, że dla Litwinów wszelkie lokalne przy­kłady łamania praw człowieka, praw wierzących były waż­ną kwestią, ale być może dla was nie wydawało się istotne przytaczanie dziesięciu przykładów o tym, jak to w jakiejś litewskiej szkole zakazano nauki religii?

-      Zarówno dla nas, jak i dla Litwinów istotne były re­lacje między władzą a społeczeństwem oraz kwestie na­ruszania wolności i swobód obywatelskich. Wspólnota zainteresowań była oczywista. Inna sprawa, że my w Rosji nie ograniczaliśmy się do kwestii wolności sumienia, ale i „Kronika" litewska poruszała także problematykę naru­szania praw człowieka.

„Kronika Wypadków Bieżących" podlegała pewnej ewolucji. Pojawiła się wiosną 1968 r. i pierwsze jej wy­dania były dość krótkie, bardzo emocjonalne i dlatego nie uniknęły wystawiania ocen. Stopniowo jej charak­ter i objętość zmieniały się, do tych zmian ja także się przyczyniłem. Jako naukowiec mam umysł raczej ści­sły i dlatego bliższy mi był inny styl. I nasza „Kronika" stopniowo rosła objętościowo, a gdy bezpośrednio zaj­mowałem się redagowaniem wydań, po prostu nie mo­głem sobie pozwolić na przeoczenie jakiegoś szczegółu, jeśli wydawał mi się wiarygodny i bezpośrednio odno­szący się do meritum tego, o czym piszemy. Dlatego też wiadomości litewskiej „Kroniki" przekazywaliśmy bar­dzo szczegółowo.

Do tej pory uważam, że wydarzenia w tej lub innej parafii litewskiej miały ogromne znaczenie dla pro­blemu poszanowania wolności sumienia w ogóle - nie tylko w Kłajpedzie, na Litwie, ale w ogóle, w całym Związku Radzieckim. To były sprawy uniwersalne, dotyczące przestrzegania konstytucyjnych praw oby­wateli.

-      Z kim Pan siedział w łagrze?

-      Po pierwsze, muszę powiedzieć, że w łagrze było bardzo mało Rosjan i ich pozycja nie była najlepsza. Ich ziomkostwo było bardzo niewielkie i nigdy nie żyło ogólnym życiem obozowym. Ja także uważam siebie za Rosjanina, chociaż nie jestem rdzennym Rosjaninem. Moja matka była Ukrainką, a oprócz tego płynie we mnie krew polska, białoruska i rosyjska. W jakich pro­porcjach - nie wiem.

Podczas pobytu w obozie, zbliżyłem się do ukraińskie­go i do litewskiego ziomkostwa. Litwinów było tam wielu. Było też sporo partyzantów - leśnych braci. Był taki inte­resujący człowiek - Jonas Kadźionis - jeden ze znamie­nitszych w swoim czasie dowódców litewskich oddziałów partyzanckich, w ogóle wspaniały człowiek i bardzo zdol­ny. Trochę poeta, trochę malarz. Był Jonas Šerkśnys, mło­dy Żukauskas, flecista i wielu starszych ludzi.

Poznałem np. Markunasa, ostatniego leśnego brata w historii, tzn. ostatniego człowieka, skazanego na Litwie za partyzantkę antysowiecka. Został aresztowany w koń­cu lat 50. XX w. Był jeszcze Graźys - starszy człowiek, też związany z „Kroniką".

-      W łagrze przyjaźnił się Pan z Petrasem Plumpą?

-      Tak, ale poznaliśmy się już wcześniej. W łagrze i w więzieniu byliśmy w bliskich kontaktach. Kiedy przy­wieziono mnie do zony i wypuszczono z kwarantanny, Petras był pierwszym człowiekiem, którego zobaczyłem. On specjalnie tam spacerował. Podszedł do mnie, przy­witał się nie patrząc w moją stronę i nie podnosząc głosu. Na boku ustaliliśmy, że lepiej będzie nie mówić o naszej wcześniejszej znajomości.

Z Plumpą siedzieliśmy razem całkiem długo i potem jeszcze zetknęliśmy się ze sobą w więzieniu. I jego, i mnie wysłali z łagru do więzienia za złe sprawowanie. Przez pe­wien czas siedzieliśmy w jednej celi, a kiedy nas rozdzie­lono, to i tak porozumiewaliśmy się alfabetem Morsea, stukając w ścianę.

-      Ponoć kiedyś ogłosił głodówkę, żądając żeby KGB umożliwiło Panu leczenie w szpitalu...

-      Tak było, rzeczywiście. Lekarze postawili mi błęd­ną, dzięki Bogu, diagnozę: rak. Wówczas zażądałem, by przewieźli mnie do więziennego szpitala w Leningradzie, a mnie chciano przewieźć na operację do szpitala na 35. zonę. Jestem wdzięczny pewnemu majorowi - lekarzowi, którego nazwiska nie pamiętam. Odprowadził mnie na stronę i powiedział, żebym w żadnym razie nie zgadzał się na operację w naszym szpitalu więziennym. Jeśli by potwierdziła się diagnoza, że to rak, to jest to zbyt poważ­na operacja jak na więzienne warunki.

Wiem, że wtenczas Petras i ktoś jeszcze głodował17 w mojej sprawie. Siedziałem w odizolowanym miejscu i sam głodowałem jakieś 5-6 dni. Ale gdyby nie to, że do Moskwy przyjechali akurat w tamtych dniach przedstawi­ciele Amnesty International, i tak nic by z tego nie wyszło.

17 Zob. wywiad z P. Plumpą-Pluirą, s. 121. Kowaliow nie wiedział, jaką formę miał protest podjęty w jego obronie.

 

-   Czy pamięta Pan rozmowy z litewskimi przyjaciółmi w łagrze i po odbyciu kary? Czy pojawiał się w nich temat niepodległości Litwy? Kiedy to się zaczęło? Jest to o tyle istotne, że „Kronika"po raz pierwszy napisała w 1981 r., że na Litwie potrzeba nie tylko wolności sumienia i wiary, ale także, iż pakt Ribbentrop-Mołotow musi być anulowany i że Litwa powinna być wolna.

- Poruszył Pan bardzo złożony problem, na który nie sposób krótko odpowiedzieć. Tu potrzebny byłby cały wykład. Określę pewne deklaratywne punkty.

Po pierwsze: Petras Plumpa, który pierwszy wyrok odbywał wcale nie za religijne przekonania, a za postawę obywatelską; wielokrotnie w naszych rozmowach podkre­ślał, że za najważniejszy dla Litwy uważał problem odro­dzenia religijnego. Twierdził też, że suwerenność narodo­wa niekoniecznie musi to ułatwić.

-      Ale Tamkevićius i Boruta już w latach 80. myśleli inaczej...

-      Tak. Wiem. Jeśli chodzi o moje zdanie na ten temat, jestem głęboko przekonany, że współczesny świat idzie i będzie nadal podążał drogą integracji, a nie podziałów. Jestem całkowicie pewny, że w XXI w. będą ustanowio­ne podwaliny nowego politycznego paradygmatu. Chodzi

0                    to, co po raz pierwszy w 1951 r. Einstein i Russell okre­ślili jako nowe polityczne myślenie. Potem Sacharow nie­zależnie od nich o tym mówił. Opiera się ono na przeko­naniu, że konieczna jest inna polityczna struktura świata, oparta na całkowicie nowych zasadach. Żadne ONZ, żad­ne tzw. prawo międzynarodowe, którego w rzeczywisto­ści nie ma, nie są w stanie rozwiązać palących problemów globalnych. Kierunek tego myślenia to dalsza integracja, a nie podział świata.

Po drugie, uważam, że to, co nazywa się obecnie prawem narodów do samostanowienia i rozumiane jest jako prawo narodów do tworzenia nowych suwerennych struktur państwowych, w żadnym razie nie jest prawem demokratycznym. Choć figuruje w Karcie Narodów Zjednoczonych, w konwencjach międzynarodowych

i w deklaracji praw człowieka - jest to w rzeczywistości prawo antydemokratyczne. Dlatego też secesja jakiegoś terytorium to zawsze sprawa wątpliwa. Czasami nie­unikniona - ale zawsze wątpliwa.

Dlaczego jest to pojęcie antydemokratyczne? Przy­wiodę parę argumentów. Po pierwsze, to prawo, uważane za fundamentalne, w swoim założeniu przeciwstawia się innemu fundamentalnemu prawu - o nienaruszalności granic. Proszę mi wybaczyć, jak ma powstać nowe pań­stwo bez naruszenia wcześniej ustanowionych granic? Po drugie, chciałbym, żeby ktoś podał mi definicję narodu. Wszak mówi się, że prawo do samostanowienia mają na­rody. To znaczy kto? Po trzecie, gdy tylko pojawia się pań­stwo monoetniczne, od razu pojawiają się w nim obywate­le pierwszej i drugiej kategorii. Typowym przykładem jest Izrael, z natury monoetniczny. Iluż tam obywateli drugiej, trzeciej kategorii. Żydzi z jednej części świata - jedna ka­tegoria, z drugiej - druga. Żydzi, których matka była Ży­dówką są w większym stopniu Żydami niż ci, którzy mieli ojca Żyda. I tak dalej. Nie wspominając już o Arabach. Czy to jest demokracja, czy to są rzeczywiście prawa czło­wieka? Twierdzę, że nie.

Prawa człowieka to te, które nie zależą od koloru skóry, języka, wiary, przynależności etnicznej, statusu majątko­wego, wykształcenia itd. A co my chcemy tworzyć? Wszak zawsze, gdy w historii mówi się o nowych suwerennych państwach, mówi się też o etnicznych podstawach tych państw.

Inna sprawa, że są w historii przypadki, gdy secesja jest nieunikniona. Izrael jest tego jednym z przykładów. Kto nam kazał w naszym świecie tak źle traktować Ży­dów? Oni nie mieli innej drogi obrony. Może i Czeczenia jest takim przykładem? Bardzo z tego powodu ubolewam. Dobrze wiem, że miejsce Czeczenii w Federacji Rosyjskiej jest pozorne, bo Rosja nie ma prawa trzymać dalej Cze­czenii w swoich ryzach.

-      A wracając do Litwy w 1990 r.?

-      Gratulowałem Litwinom, że wykorzystali swoje pra­wo do wolności i niepodległości. (Tak na marginesie - kra­je bałtyckie miały samodzielność wcześniej - one tylko ją odbudowały). Niemniej, gratulując moim przyjaciołom, że spełnili swoje pragnienie, mimo wszystko żałowałem, że ich pragnienie było właśnie takie. Według mnie, fanta­styczne - acz niewykonalne - byłoby, gdyby kraje bałtyc­kie zechciały pozostać w charakterze awangardy reformu­jącego się Związku Radzieckiego. One rzeczywiście były awangardą. Oczywiście, nie poradziłyby sobie w tej roli. Rozumiem to doskonale. Ale z tym, z czym nie mogliśmy sobie poradzić w 1990 r., myślę, że nie będziemy mieli wy­boru i będziemy musieli sobie poradzić w 2100 lub 2110 r. Tradycyjna polityka jest anachroniczna, i to niebezpiecz­nie anachroniczna. Ona nie jest w stanie rozwiązać żad­nego globalnego problemu.

-      Jakie były Pana związki z „Kroniką" litewską już po uwolnieniu? „Kronika" wychodziła do 1989 r. i po areszto­waniu ks. Tamkevićiusa w 1982 r., ks. Boruta przejął jego obowiązki. Gdy powrócił Pan do Moskwy w 1984 r., na pewno miał Pan jakieś kontakty z „Kroniką" litewską. Czy s. Sadunaite przyjeżdżała do Pana?

-      Nie pamiętam, czy ona przyjeżdżała do mnie do Ka-linina, gdzie najpierw mieszkałem, gdyż nie od razu wróci­łem do Moskwy. Myślę, że do Moskwy zaczęła przyjeżdżać dużo później, gdzieś w 1987 r., ale wtedy to my się już spoty­kaliśmy i na Litwie - to były już zupełnie inne czasy. Zaczy­nała się pieriestrojka. Na Litwie prężnie działał Sąjudis...

-      Czy podczas tych spotkań z s. Sadūnaitė, z ks. Tamke-vićiusem, może z Plumpą - spieraliście się z jednej strony o historię, a z drugiej, o przyszłość Litwy?

- Będąc głęboko przekonanym, że narody muszą się jednoczyć, a nie izolować w różnych monoetnicznych państwach, zarazem dobrze rozumiałem, że i na Ukra­inie, i na Litwie, i w Estonii, i na Łotwie lepsza część spo­łeczeństwa uciekała do lasu. Oczywiście, dobrze rozu­miałem cyniczne kłamstwo władzy sowieckiej, która tych partyzantów sądziła za „zdradę ojczyzny". Jakiej ojczyzny, proszę mi wybaczyć? Przyszli jedni okupanci, okupowali kraj, potem przyszli inni okupanci, teraz pierwsi okupan­ci sądzą za zdradę ojczyzny obywateli niezależnego pań­stwa litewskiego! Oni przecież bronili tej ojczyzny!

Dlatego ja oczywiście stanąłem po stronie leśnych bra­ci, a nie tych oddziałów, które z nimi walczyły.

 

Rozmawiał Paweł Wołowski Moskwa, grudzień 2003

 
 
  Sukurta padedant Arkivyskupui S.Tamkevičiui SJ & windows vista forum